Puszcza Kampinoska
Ostatnio wybralem sie w okolice Puszczy. Najpierw do Truskawia, pozniej
kawalek Szlakiem Powstancow, a pozniej nieco zabladzilem i zboczylem ze
szlaku. Za to wrazenia sa niesamowite - ozywiajacy zapach lasu,
wyjatkowo swieze powietrze, gdzieniegdzie oczka wodne, wszechobecny
spokoj i spiew ptakow.

Fotki z wyprawy znajdziecie tutaj:

http://tinylink.com/?DL91glb2M9

A wszystkie pozostale galerie:

http://inspiration.pl/gallery

..:: fabio


     

  [25l] Neon Innesa i krewetki
mieczyki.............hmm

czy wy wkącu nie zrozumiecie że mieczyki rosną do 10-12 nawet 15 cm.

jest kilka możliwości mozliwości

1 gupiki
2 krewetkarium lub rakarium hmm..... ->galeria<-
3 bojowniki
4 ślimakarium


15 mieczyk nigdy takigo niewidziałem największego okaza którego widziałem to u mojego kumpla w lato w oczku wodnym 9cm

  Oczko wodne - SKOŃCZONE!!
Pisałeś w galerii, że masz problem z glonami- na planktonowe glony powodujące zielenienie wody ponoć bardzo skuteczne są żywiące się nimi rozwielitki. (można je wychodować z suszonych rozwielitek-są w nich ich jajeczka-wrzucić je do pojemnika z wodą-powinny wykluć się niebawem-karmić je można "wodą z zielonego oczka" lub rozdrobnionym pokarmem roślinnym dla rybek-szybko się mnożą). Z tym że rozwielitki mogą być zjadane przez Twoje płotki i karasie-dlatego lepiej skorupiaki wpuszczać wieczorem, żeby wszystkich zaraz nie wyjadły. Możesz spróbować. Ja narazie nie mam z tym problemu-a te rady są z książki o oczkach wodnych.

  7 mostów
A zobaczcie jeszcze jedną rzecz. Na stronie www.ulica.de w dziale galerie są wizje parku mostów. Na jednym z rysunków http://ulica.de/images/src/00002365.jpg (most pierwszy z lewej) zaplanowana jest kładka łącząca w lini prostej nasz MDK ze stroną niemiecką. Po stronie niemieckiej jest ulica która dochodzi praktycznie do samego brzegu, nazywa się Heyne str. I teraz pytanie czy ta kładka jest całkowicie nowym pomysłem czy wizją odbudowy istniejącej kiedyś? Może strona niemiecka wie coś czego my nie wiemy


Faktycznie, na tym planie znajduje się projektowany most przez Nysę (razem z rozmieszczeniem ulic i nowej dzielnicy?).
http://fotothek.slub-dres...arten/alle.html
Pharus-Plan Görlitz / Lith. u. Druck des Pharus-Verlages G.m.B.H. Berlin. - 1:10 000. - Berlin : Pharus, [1938]. - 1 Kt. : Farblithographie ; 51 x 37 cm, gefaltet 22 x 12 cm (Oberlausitzsche Bibliothek der Wissenschaften, Kte IX 132).
Ciekawe jest też to ,że mapa wydana przez to samo wydawnictwo kartograficzne w tym samy roku znacznie różni się na terenie obecnego parku - różnice np. w ilości stawów i oczek wodnych.
Z łezką w oku można sobie wyobrazić, jak wyglądały oczka i pewnie jakiś strumień spływający z górki koło "Łysej góry" i bloków na Powstańców Śl.

     

  Grzyby po deszczu
Kurcze aż mi się wierzyć nie chce, kiedy czytam Wasze posty. Wczoraj wróciłem z Borów Tucholskich i mimo że tym razem nie miałem wiele czasu wolnego, bo "tworzyłem" małe oczko wodne z siatkobetonu, jednak wybrałem się kilka razy na krótkie wypady w las i ... hiperporażka! Nie tylko nie spotkałem popularnych grzybków jadalnych, ale wogóle ani jednego grzyba przez łącznie 2-3 godziny wpatrywania się w runo leśne Nie liczyłem na borowiki, ale żeby nie napotkać nawet mini kurki czy muchomorka No i w efekcie do galerii moge póki co wklejac tylko zdjęcia "nie-grzybowe". Ale może już niedługo to się zmieni?

Pozdrawiam wszystkich

  Powrót do rajskiego ogrodu
To ja się cieszę, że się nie gniewasz. Właśnie wróciłam z ogrodu z aparatem fot. - zrobiłam kilka fotek jesiennych (wykorzystałam piękną słoneczną pogodę). Jak ich trochę uzbieram, to oczywiście założę galerię.
Elu, napisz jak postępują prace związane z zakładaniem oczka wodnego. Miejsce na nie wybrałaś przepiękne. A tak na marginesie - ten las też jest Twój? Pozdr.

  Fotografia w ogrodzie (porady)
Też popieram fotografowanie lilii wodnych. Na swoją jedyną w oczku wodnym czekam i...na razie nie widzę pąków. Początek lata był fatalny. Fotografowanie na łódce to ciekawe ale jak piszesz niełatwe zajęcie.

Pozwolę sobie Mariusz w tym wątku edukacyjnym przyciemnić to tło na twoim zdjęciu.
W pr. Galeria fotografii usługi Windows Live przesunąłem do oporu suwak Cienie
Też nie do końca zostało przyciemnione ale w przypadku lilii czarne tło wygląda korzystnie.


Tak jak w przypadku nieostrego zdjęcia niewiele już można zrobić, tak jeśli chodzi o ilość światła czy cienia poprawę da się uzyskać szybko.
------------
Słońca jest coraz więcej i pojawiają się na forum wyraźnie prześwietlone fotografie.
Warto je robić wczesnym rankiem gdy słońce nie operuje z dużą jaskrawością.
Zdjęcie poniżej robiłem o tej porze dnia i krwawnica prezentuje całą swoją krasę. Tył i boki przyciemnione.


Mogłoby być idealnie gdyby nie... No właśnie, czy zauważamy pewną niedoskonałość. A jeżeli tak to w którym miejscu

Pozdrawiam

  Hubertus - opis i lokalizacja osiedla
Nowoczesny kompleks mieszkalny Hubertus to ekstensywna bardzo starannie zaprojektowana zabudowa, elegancka architektura, kameralne zielone dziedzińce z oczkami wodnymi, ogrodem, altanami i alejkami oraz placem zabaw dla dzieci. Huberus to spokojne i bezpieczne małe miasteczko na Mokotowie.

Hubertus to bardzo wysoki standard wykonania, nowoczesne technologie, wysokiej jakości materiały wykończeniowe w tym wiele materiałów naturalnych. Duża ilość przeszkleń w elewacjach budynków zapewnia doskonałe nasłonecznienie wnętrz. Hubertus to mieszkania o bardzo dokładnie przemyślanych, funkcjach, różnorodnej przestrzeni i dużych oknach. Każde mieszkanie posiada balkon, werandę bądź taras.

Inwestycja jest realizowana w sześciu etapach. Pierwszy etap inwestycji stanowi kameralny budynek, zawierający od 4 do 6 pięter, dwupoziomowy garaż oraz lokale użytkowe na parterze od strony ulicy Obrzeżnej i Bokserskiej.

Termin realizacji I etapu - wrzesień 2008 r.
Termin realizacji II etapu - czerwiec 2009 r.
Termin realizacji III etapu - luty 2010 r.

Osiedle usytuowane jest u zbiegu cichych i spokojnych ulic Obrzeżnej i Bokserskiej. W pobliżu znajduje się centrum handlu i rozrywki (Galeria Mokotów), centrum biznesu (Mokotów Bussines Park) oraz rozległe tereny zielone - Tory Wyścigów Konnych.



informacja ze strony internetowej dewelopera Eco-Classic Sp. z o.o. 2008-11-04

hubertus_mapka.jpg  Opis:

  Zapytanie do Hoksa Rex
Pani Justyno wkleiłem do galerii Forum zdjęciaCATII a rodzoną siostrę CHAZY.Catia wyrosła na przepiękną i mądrą sukę o grubym koścu i dużej głowie, bardzo uwielbia spacery między oczkami wodnymi, co uwidoczniłem na filmiku mojej witryny, a noce z Księżycem potegują jej czujność.Bardzo fotogieniczna.
Przesyłam pozdrowienia.

  Te, co skaczą i fruwają
Takie maluchy można wnosić na galerię do hipermarketu, kiedy wielkie psy muszą zostawać na zewnątrz. To wielki plus u tych małych.

Co do puszystych lejdi, się zgodzę: robią z psa zabaweczkę, aż puścić pawia się chce.

Niektórzy moi ulubieńcy i skaczą i fruwają, a są to stawonogi, naturalnie święte węże, płazy (uwielbiam żabki, kiedyś hodowałam je w oczku wodnym) oraz żółwie lądowe.

  Strony internetowe stadnin
Moja stadnina niestety nie ma własnej strony [ a przynajmniej nie znam ]. Patrzyłam na Walentynówkę Widziałam też Program obozów i koloni... Ciekawy... Chciałabym tam kiedyś pojechać Na stronie wszystko wygląda bajecznie. Cudownie też jest zagospodarowana strona Świetna grafika obróbka zdjęć koni. Widziałam też "Album" i "Atrakcje". W Bliżycach musi być cudownie.
Hihih. Właśnie oglądam galerie: http://walentynowka.internetdsl.pl/Assets/images/galery1on.jpg tu myślałam na początku, że ktoś dorysował koniom różki kolorowe, a to przecież specjalne dla koni na uszka hihih bardzo mi się też to podoba zdjęcie: http://walentynowka.internetdsl.pl/Assets/images/galery13on.jpg cudowne oczko wodne. Przy mojej stadnince też takie podobne, duże jest Na trzy [ czy dwa? ] metry głębokości. Bardzo podobne

  Galeria w miejscu Dworca PKS
Mirek poświęciłem chwile czasu i przyjrzałem się dokładnie tym planom co Mi wysłałeś.Widzę że w planach jest przebudowane skrzyzowanie Górnośląska i Podmiejska,ciekawie to wygląda,a także na terenie dzisiejszego pareczku jest jakies oczko wodne czy coś w tym stylu.Ten amfiteatr też jest niczego sobie.


Co do skrzyzowania Górnoslaskiej z Podmiejską, to nie sugerowal bym się tym co przedstawiła firma "Echo". To jeszcze nie są plany, nie jest to nawet wizka, tylko radosna twórczosc ww firmy. Zwróc uwagę jak przedstawili skrzyzowanie Górnosląskiej z TB. Odbiega od rzeczywistosci, pomimo tego, ze plan przebudowy skrzyzowania znany był zanim przedstawiono koncepcję budowy galerii.
Ja tylko mam nadzieje (wiem, powtarzam to z uporem maniaka przy kazdej okazji ), ze skrzyzowanie Górnoslaskiej z Podmiejska, oraz dojazd do galerii i nowego dworca PKS, zostaną tak rozwiazane, aby mozliwe było w przyszlosci przedłuzenie Podmiejskiej poprzez tory do Piwonickiej, zgodnie z tym co zapisano w "Strategii Rozwoju Transportu"

  Ogród
http://skalniak.com.pl

strona z ktorej korzystala moja kolezanka jak z ojcem urzadzala ogrod w galerii sa ciekawe pomysly jesli chodzi o kamienie w ogordzie i nie tylko moze sie cos przyda
co do oczka wodnego... do tego trzeba przede wszystkim cierpliwosci... widzialam wiele oczek wodnych bo sama w ogrodzie chcialam robic ale prawde mowiac... wole akwarium

  Bendu$iowo-Cze$iowo-*Wackowa* galeria
Hehe ja gościowi tłumaczyłem jak kupowałem filtr że musi być kubełkowy bo żółwie strasznie brudzą, a on ciągle że wewnętrzny wystarczy i troche wody więcej nie trzeba... A ja mu na to że jak się kupuje żółwia to trzeba mu sprawić jak najbardziej naturalne warunki, a on do mnie że jak się chce naturalne warunki to się żółwia do oczka daje... No i taka rozmowa Tak samo było z roślinkami, chcę dwie moczarki dla żółwia.
Dla żółwia! Po co on to przecież i tak zniszczy!
Tak ale rośliny wchodzą w skład diety...
Albo jak były Pseudemysy w akwarium( )
Chciałem podłapać babkę i się pytam,
Ja:Czy to są żółwie hieroglifowe
(minute męczyła się żeby wypowiedzieć w ogóle to słowo i i tak nie zabardzo jej to wyszło)
Sprzedawczyni:Hymm no nie wiem szef mówił że żółtolice - *imie*(drugiej babki w sklepie) szef mówił że te żółwie to żółtolice tak?
2sprzedawczyni:Tak.
Ja: Hymm no mi one na hieroglifowe wyglądają...
2Sprzedawczyni: A moze mają jakąś łacińską nazwe?
Ja: No tak Pseudemys concinna hieroglyphica a żółtolice Trachemys scripta troostii czyli to całkiem inne gatunki
Sprzedawczyni: No szef mówił że żółtolice
D
Lubie gadać ze sprzedawcami bo czasem to aż śmieszne jest, pozatym często u nich kupuje pokarm i zawsze mówie że dla żółwia no i oni przez to też podłapują jak tego żółwia karmić, chociaż to mnie cieszy

Ale się rozpisałem...
Kathrinne to akwa jakie wymiary bo ja też chce podobne w przyszłości kupić a nie chce znów złych wymiarów
Jeśli możesz to podaj

Fajnie że żółwie będą miały nowe akwa, koniecznie pstrykni zdjęcia i daj do Galerii

  Sceneria EPKM. (Katowice-Muchowiec).
Z drzewami wyglada fajnie ale smialo mozesz dolozyc ich wiecej na koncu pasa 23. Tam jest sciana drzew co zreszta widac na zdjeciach. Usunal bym w ogole ten zielony pas po poludniowej stronie. Nie dosc ze malowanie na pasie trawiastym wyglada smiesznie to lepiej wizualnie bedzie wygladac zwykla tekstura zielonej trawy. Jasniejszy pas zieleni po stronie polnocnej bym zostawil tylko gdyby sie dalo usunac te zolte strzalki na trawie. U mnie w srodku tego pasa tekstury wokol zmieniaja sie z ziolnych na takie w "ciapki" to tez bym naprawil. Wg mnie sceneria nabiera ksztaltu i marzy mi sie jeszcze geant z samochodami na prakingu (niezle zdjecie jest w galerii aeroklubu) i tym oczkiem wodnym.
Chyba proste do zrobienia a bardzo by polepszylo scenerie.

Tak trzymaj i pozdr

  Witam Wszystkich..Moje 220 m2 azylu...
Witam wszystkich serdecznie.Jestem z Poznania,ale działkę mamy za miastem.Jest to tylko 400m.Mam malutki warzywniczek,dużo iglaków,bylin,a mąż zrobił nawet małe oczko wodne.Uwielbiamy na niej spędzać każdą wolną chwilę.Nie wyobrażamy sobie życia bez tego naszego małego raju.Wstawiłam już parę fotek.Zapraszam do mojej galerii.Pozdrawiam wszystkich wiosennie i gorąco. :

  Miejsca warte odwiedzenia - z kwiatami i zielenią w tle
Kwiaty-Zagadki z Ogrodu Botanicznego UAM w Poznaniu rozwiązane,
można więc wybrać się na wędrówkę po najciekawszych miejscach tego
położonego przy ul. Dąbrowskiego ogrodu. Punktem nr 1 w nim jest wspaniałe alpinarium, które właśnie w maju (2006 roku) wyglądało najkorzystniej.
Ponieważ skalniak w moim ogrodzie był założony jako pierwszy, mam do dziś sentyment do kwiatów górskich. Ciekawym miejscem było sztucznie usypane wzniesienie pod którym znalazło miejsce małe oczko wodne .
Skalniak w moim ogrodzie to lata 1992-1993, a oczko wodne wybudowałem u siebie w 1997 roku pamiętnym z tragicznej powodzi.

Wejście do galerii jest tutaj
aktywacja nastąpi wkrótce

  Stawy ogrodowe ,oczka wodne,fontanny
Witajcie ogrodniczki i ogrodnicy.
Z przyjemnością oglądam wszystkie galerie gdzie są stawy,oczka wodne i roślinność wokół nich.
Nie ukrywam,ze ubolewam nad tym,że u mnie nie ma oczka wodnego,ale juz wielokrotnie pisałam,że oczko wodne nie zdałoby egaminu ze względu na sporą ilość zwierzaków.
Aby mieć troszkę szumu wody w ogrodzie i towarzystwo ptaszków zadowoliłam się niewielką fontanną ogrodową,ktorą Wam przedstawiam.
Pozdrawiam wszystkie posiadaczki oczek wodnych i tych dużych i tych małych.
berta

  problem czy .............
A co jeśli ryby mam zamiar wpuścić dopiero po zarośnięciu akwarium glonem? Myślałem że potrwa to ok 1,5miesiąca ale w dwa tyg byłoby super, później mógłbym sprawdzić parametry i ewentualnie dostosować wodę do preferencji obsady... Jeśli to przyspieszy zarastanie glonem to czy mogę przez ten okres kiedy nie bedzie ryb nie podmieniać wody i podnieśc troche temp. jeśli tak to jaka najlepsza? Czy świecić a jeśli tak to ile świecic zeby szybko rosły... świetlówki mam standardowe w pokrywie Wromak 100x40zm i narazie nie mam siana na lepsze...

PS: czy mogę zaszczepić glony z przydomowego oczka wodnego? czy to zbyt ryzykowne? rosną tam takie zielone kudłate jak na zdjęciach w galerii w zbiorniku z non mbuna taki jeden klocek jest tak samo zarośniety, nie pamietam czyja to galeria ;/
czy nie obumarłyby w akwarium? temp w oczku nocą spada do ok 15* ale w dzień potrafi się nagrzać do 30* więc temp w akwarium powinna im odpowiadać...

  Mój ogród w ROD
No Kochana, ja dopiero dzisiaj weszłam na galerię zdjęć Twojego ogrodu. Oczko wodne bardzo ładne, te kaskady no i ten stół na pniakach - no, no, super pomysły. Będzie z czego "odgapiać". A tak na marginesie - to skąd bierzesz tyle czasu i energii, żeby tak wspaniale urządzać działkę i "produkować" takie dorodne kwiaty w domu

  Pozycjonowanie strony www

Witam serdecznie.  Prosze o pomoc.Jestem w trakcie przygotowywania strony www
i mam zapytanie, ta strona bedzie przedstawiac firme zajmujaca sie sezenowa
sprzedaza ryb ozdobnych do oczek wodnych. Nie jest to sklep, tyko strona. Ja
chce sie dowiedziec jak ja najlepiej wypozycjonowac te strone,aby byla
dostepna w wyszukiwarkach.  Co byscie mi doradzili i polecili.  Dziekuje za
pomoc.  Pozdrawiam Jarek .



Jeżeli chodzi o sprawy techniczne to generalnie SEO i tu właściwie nie ma się
nad czym rozpisywać. Aby nie *utrudniać* silnikom indeksującym strona powinna
być od strony technicznej dobrze przygotowana. Jak zatrudnisz do tego fachowców
to zasadniczo nie jest to żaden problem. Tzn. jest to problem zrobienia tego
raz, zapłacenia określonej kwoty i właściwie tyle.

Zupełnie odmienną sprawą/problemem jest zawartość tej strony. O miejscu w
wyszukiwarce decyduje w uproszczeniu wartość tej strony dla odbiorcy.

Powinieneś zastanowić się co ma być na niej - tzn. czysta oferta to nie będzie
specjalnie atrakcyjne bo pewnie wszyscy (konkurencja to mają). Mógłbyś pomyśleć
np. o stworzeniu *ciekawej* (dla odbiorcy) galerii różnych "wdrożonych" przez
firmę oczek wodnych. Do tego jakiś dział z tekstami - np. jak powinno wyglądać
ładne oczko wodne itp.

Tak aby ta strona zawierała treść, do której być może ktoś zacznie się odnosić,
np. w piśmie o oczkach wodnych (czy na jego stronie), ktoś wspomni o tej
stronie z uwagi na ciekawą galerię czy wartościowe teksty.

Sprawa nie jest stricte techniczna (technicznie to po prostu trzeba spełnić
określone warunki i tyle) co bardziej zahaczająca o marketing etc.


  Galeria Rynek
Niewątpliwie to co zaczęli rozbierać , należy rozebrać do końca. Pytanie , co dalej ? Bo ta buda , którą przedstawia projekt, nie powinna tam stanąć . To się nadaje na sklep spożywczy w Krzeczynie , połączony z remizą strażacką i barem piwnym. Ktoś tutaj poruszył temat konsultacji społecznych , które ponoć miały się odbyć , ale nikt o nich nie słyszał. Lepiej poczekać jeszcze z 3 lata , a niech powstanie coś na miarę naszych oczekiwań, a nie kolejny koszmarek , który będzie nam się śnił po nocach , przez następne 30 lat.

[ Dodano: Sob Lip 09, 2005 17:20 ]
Natomiast humorystycznie podchodząc do tematu , to po wyburzeniu tego co zaczęli, nie stawiałbym tam niczego. Tam trzeba nawieżć humusu i posiać trawę. Teren ogrodzić wysokim płotem , a do środka wpuścić gęsi ( dla gęsi , jakieś małe oczko wodne) oraz kozy . Byłby to swoisty skansen Lubina z lat 50-tych ubiegłego wieku , przed odkryciem miedzi. Piszę tak , ponieważ pionierzy na tym terenie po odkryciu miedzi, mówili, że po Rynku spacerowały kozy i gęsi. Chcącym ten żywy inwentarz obejrzeć , wręczałbym bilety za 2 zł. Gdyby komuś zachciało się mleka od kozy .... to owszem, sam sobie wydoisz i płacisz 10 zł. Byłaby to dla niektórych z dużych miast , swego rodzaju atrakcja turystyczna. Ale teraz trochę poważniej. Przede wszystkim bazar ,z obecnego miejsca które zajmuje, powinien zniknąć. Ja wiem, że on jest w prawie równej odległości dla tych z Ustronia i dla tych z Przylesia i to miejsce idealnie pasuje tam też idealnie handlującym. Ale prawda jest taka , że takiego zbiorowiska szop i bud w centrum miasta być nie powinno. I właśnie na terenach po bazarze widzę obiekt przypominajacy Galerię Dominikańską we Wrocławiu , ale o wiele większą od tej , której projekt dla naszego lubinskiego Rynku przedstawiono i nie o tak koszmarnej bryle i elewacji. To tyle. Proszę o dalsze wypowiedzi na temat zabudowy NASZEGO Rynku wg. obecnej koncepcji...

  [Wrocław] Magnolia Park (+ rozbudowa)
Rośnie kolejny gigant

Właśnie ruszyły prace ziemne związane z zagospodarowaniem terenu wokół Galerii Legnickiej - największego centrum handlowego we Wrocławiu. To plac otaczający galerię ma być najsilniejszym wabikiem na klientów

Galeria Legnicka będzie największym centrum handlowym na Dolnym Śląsku. Prace budowlane idą zgodnie z harmonogramem, więc wszystko wskazuje na to, że otworzy swe podwoje zgodnie z zapowiedziami – jesienią tego roku. Oprócz 250 sklepów jej atut ma stanowić teren o powierzchni ponad 40 tys. metrów kwadratowych, okalający budynek galerii. Ma się on stać nowym wrocławskim centrum rozrywkowym, sportowym i kulturalnym.

Będzie kultura
– Będzie to pierwsze centrum w Polsce, które w tak nowatorski sposób zagospodaruje przestrzeń wokół obiektu – mówi Magdalena Galant z firmy Mediadem, odpowiedzialnej za kontakty z prasą w imieniu inwestora. – Bazą zaplecza kulturalnego Galerii Legnickiej będzie amfiteatr na 500 osób, zlokalizowany na placu Piazza otaczającym centrum. Do galerii, od strony wejścia głównego, będzie prowadziła promenada, zwana Aleją Rzemieślników. Będzie to pasaż stoisk rzemieślniczych i artystycznych. Planujemy tu wystawy, ekspozycje dzieł i wyrobów rzemieślniczych, czy prezentacje prac utalentowanych studentów wrocławskich uczelni artystycznych.
Klimat placu Piazza będą tworzyć multimedialne fontanny, jezioro o powierzchni 800 mkw. (w zimie pełniące funkcję lodowiska) i sztuczna rzeka. Największa z fontann, której strumień wody sięgnie 12 metrów, ma się stać miejscem organizacji regularnych spektakli z cyklu „światło i woda”. Na terenie obiektu, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz, zostanie zaaranżowanych łącznie 28 punktów wodnych: fontann (we wnętrzu strumień wody sięgnie ok. 8 metrów), oczek wodnych itp.

Będzie rekreacja
Na terenie parku otaczającego Galerię znajdą się też boiska do siatkówki i koszykówki, ścieżki rowerowe. Rozrywkę zapewni kino Helios z siedmioma ekranami i ponad tysiącem miejsc, a także kawiarnie i restauracje, które zostaną ulokowane wewnątrz i na zewnątrz centrum.

http://wroclaw.echomiasta.pl/artykuly.php?czytaj=492

  Dzisiaj na rybach
Ty Michałek nie żyduj i dodaj fotę swego pstrąga no pochwal się.Nie opisałeś wyprawy... :p
Nie mów,że nic nie bierze...Muchówkę trzeba ćwiczyć Michał troszkę pokłuć te maluszki,bo są za ufne,niech im nieco skórę przetrzepią,to nie będą takie głupie,a my za kilka lat będziemy mieli czterdziestaki i pięćdziesiątaki wiesz ile tego mamy? 6000 w rzece nam wpuścili,a do drugiej rzeczki 12000 ,mamy troszkę tego ale o ile w zeszłym roku po zarybieniu nie było nic widać,to w tym wszędzie na rzece widać oczka 10-12 cm rybek.I biorą te knypki.Na wszystko.Jak durne.Ile my ich mieliśmy?Co?Kilkadziesiąt...ale nawet niech nikt nie myśli o nich!nawet szanujący się kłusol ich nie będzie zabierał,one mają po 10 centymetrów,już panowie mięsiarze,kiełbie lepiej połapać ,albo płotki.Kto ma ochotę na zabawę z muszką,albo blaszką,niech wali nad rzekę,tylko ostrożnie,bo rybki małe i delikatne,ale z tego co wiem,jak je się troszkę pokłuje to ostrożniejsze będą,tak nad pomorskimi rzekami robią i tak robią fanatycy co sami zarybiają.Jeżdżą i łapią je,a potem do wody,jak podrosną to będą chytrzejsze i ostrożniejsze,będą godnymi przeciwnikami.Apeluję o zakładanie haków bezzadziorowych,ale kto mnie posłucha...nikt.Ok.Tylko ostrożnie z maluszkami,bo naprawdę mają po kilka centymetrów.A jest ich tyle,że ciężko o coś większego.Michałek,wpadnę po te nasze blaszki do Ciebie,ale to napiszę Ci smska,bo chcę pojechać na Sokołdę pod Międzyrzecze,dawno tam nie byłem.I walnij coś do tej galerii.Możesz tam wrzucić tego mego trzydziestaka no i swego ładnego daj!!!!!,próżniak ze mnie,niech se pooglądam moją rybkę na forum,niech se inni patrzą,a my do końca sezonu musimy tam wrzucić foty pięćdziesiątaka.Ostrz kotwice!

  MAŁE RADOŚCI
Wiecie co, myslałam że ten weekend będzie po prostu przegrany. Mama mnie odwiedziła, wpadła na dwa dni. Stres jak nie wiem.

W sobotę rano zapłaciła ponad stówę kanarowi. Jechałyśmy może 30 sekund, jeden krótki przystanek z Centralnego. Chciała kupić bilet ale nie zdążyła, okazało się że ja mam nieaktywna kartę na dodatek - no wejście smoka z dwoma stówami wwalonymi w błoto na starcie

Wpadła w furii do mieszkania, rozpadało się, wiało - pogoda była koszmarna,kolana chciały mi odpaść, jedna wielka porażka. Na dodatek mama nie mogła palić, bo nie pozwoliłam jej tego robić w moim pokoju i w naszym mieszkaniu. Przespała cały dzień i... strasznie się przeziębiła bo otworzyłam jej okno w pokoju (ej, chciałam żeby było "świeżo") a rano wstała z gorączką i pretensjami.

Pojechała w trybie przyspieszonym do domu

ALE: odprowadzałam ja na dworzec z Monią (koleżanką), która namówiła mnie na kupno tandetnego lizaka w kształcie rózy czy jakiegoś innego badziewnego kwiatka. Wręczyłam jej go z uśmiechem, a ona ucieszyła się jakbym jej dała co najmniej bukiet róż.
Minutę po starcie ekspresu zadzwoniła do mnie i nadal mi za tego cukrowego kwiatka dziękowała.

To chyba była MAŁA RADOŚĆ, jej i moja przy okazji

A co do MOICH radości, to dzisiaj miałam ich tak dużo
Dałam się namówić na spędzenie reszty dnia i nocy poza miastem, w drodze zahaczyłyśmy o jakąś Galerię i kupiłam zajebistą bluzę i kolejne kolczyki do kolekcji ( tydzień bez nowych kolczyków to tydzień stracony ).
Grałam w Carrefourze w siatkówkę piłką gumową , którą zresztą kupiłyśmy.
Utrzymałam się na hamaku ( co wbrew pozorom nie jest takie proste) i tę nowa piłkę w czasie naszych mistrzowskich rozgrywek wwaliłam do oczka wodnego sąsiada za ogrodzenie ( i po piłce,sąsiadów nie ma ).

Sadziłam trawę ( buhaha),mam dostęp do sieci i całą noc na pogaduchy z Monią przy winku.

No zyć nie umierać......
O! I własnie dostałam buziaka

Się rozpisałam, trudno. Czytac nie musicie

[/b]

  Prosze o wskazówki
Witam - pisze ponieważ mam problem, tydzień temu w sklepie akwarystycznym kupiłem kraba. Jestem akwarystą i nie mam problemów z prowadzeniem zbiornika dla ryb a kraba kupiłem dla wzbogacenia fauny w akwarium ponieważ sprzedawca zapewnil mnie ze jest to krab wodny i gdy go kupywałem pływał z rybami w ok 50 litrowym akwarium pomyslałem ze nie bedzie problemow. Po przyjezdzie do domu wpuscilem go do zbiornika - jest to akwarium typowe do hodowli ryb - tzn max uzupełnmione woda a jedyną "wysepką" na ktora moze wychodzc krab jest filtr ktory wystaje ponad powierzchnie wody i juz na 2 dzień wlasnie po tym filtrze moj krab wydostał sie i wdrapał na szklaną przykrywę okrywającą akwarium dla zapewnienia zamnknięcia obiegu wilgoci. Na szczecie zalożona jest jeszcze dodatkowa pokrywa dla zamaskowania przyzadów natleniających i krab nie uciekł z akwarium jednak od tamtego czasu mam podejrzenia ze krab moze jednak woli przebywać na lądzie skoro szukal wyjscia Kolejnym problemem jest karminie - sprzedawca polecił ochotkę i podstawowy granulat dla ryb. Z obserwacji widzę ze krab wiekszosc czas przesiaduje na filtrze gabkowym i wyjada nieprzefiltrowane resztki, a dodatkowo raz na 2 dni wpuszczam do akwa ochotkę jednak krab nie wykazuje wikszego zainteresowania (jak mi sie wydaj powinna przyciagac go zapachem) jednak nim ją odnajdzie wiekszosc zdązą wyjesc ryby. Krab jest wielkosci pileczki ping-pongowej koloru czerwonego z nbialawym podbrzuszem i lekko wysunietym oczkami na precikach, nie ma zadnych odcieni koloru niebieskiego ani fioletowego a obie szczypce ma prawie tak samo duże. Przeszukiwałem rózne galerie ale nigdzie nie moge znalezc podobnego gatunku a nie wiem tez skad pochodzi co wiaze sie z tym ze nie moge dowiedziec sie o nim nic wiecej. Probowalem umiescic jego zdjecie na forum ale jakos nie moge takze jak tylko ktos bedzie w stanie mi pomoc prosze o kontakt pod nr gg ; 3525781 . I prosze napisac czy w ogole sa kraby calkowicie wodne i jak zachodzi u nich wymiana gazowa, czy musza wychodzic z wody aby oddychac. Pozdrawiam

  Oczko wodne

Wielkie oczko wodne. Dookoła niego - ławki. Można przycupnąć zaraz przy wodzie, można na ławce. Jedno z ulubionych miejsc tutejszych dzieci.

  galeria/ jacek
Bardzo ładna galeria, przepięknie wygląda oczko wodne i aż niechce się wierzyć ze jest ono sztuczne

  Niedoceniana olsza czarna w Beskidzie Żywieckim
W 1837 r. profesor hodowli lasu w Szkole Leśnej w Nancy Parade głosił pogląd: „Naśladujcie przyrodę, przyśpieszajcie jej działanie, taka jest podstawowa zasada hodowli lasu” (Schütz 1986).

Prezentuje w mojej galerii zdjęcia dwóch powierzchni z olszą czarną. Pierwsza powierzchnia to spłaszczenie na stoku (ok. 600 m n.p.m.), a druga leży po drugiej stronie grzbietu i znajduje się na rynnie potoku położonego nieco wyżej nad poziomem morza od poprzedniej powierzchni. Te konkretne przykłady zbiorowiska olszy czarnej wskazują, że należałoby wzorzec ten naśladować. Niestety chyba żadne Nadleśnictwo w tym regionie nie wprowadza tego gatunku do upraw.
Przyroda sama podpowiada, że miejscowy ekotyp olszy czarnej mógłby potencjalnie stanowić istotny składnik lasów w tym regionie i to tym bardziej, że klimat mamy coraz cieplejszy. Zależy to tylko od człowieka, który jest w stanie rozprzestrzenić miejscowy ekotyp na podobne mikrosiedliska, których na każdym stoku nie brakuje, a także może zapewnić mu ochronę przed konkurencją ze strony innych gatunków poprzez zabiegi hodowlane, dzięki którym można rozszerzyć niszę rzeczywistą olszy czarnej na potencjalną eliminując konkurencję. Dużo przecież mówi się o różnicowanie zagospodarowania zgodnie z rozpoznaną strukturą mikrosiedlisk, ale trzeba zapytać ile tego wprowadza się w czyn?.
Nikt nie wie i nigdy się tego nie dowiemy, jaki był udział olszy czarnej w pierwotnych lasach w tym regionie. W czasach świerkonanii każdy skrawek ziemi był przeznaczony pod władanie świerka, olsza czarna, klon zwyczajny, lipa drobnolistna i szerokolistna, wiąz górski itd. poszły pod topór. Chyba tylko jakimś cudem te niezwykle bioróżnorodne laski olszowe „uszły” spod siekiery.
Spotkałem olszę czarną nawet na wysokości powyżej 900 m n.p.m. (jest na zdjęciu w galerii). Wg mnie świadczy to tylko o tym, że to są tylko jakieś „niedobitki” z czasów świerkomanii, a nie jakiś ewenement. Oczywiście na dużych wysokościach olsza czarna będzie pełnić tylko rolę biocenotyczną i ochronną cieków wodnych na odpowiednich dla niej mikrosiedliskach. Na wysokościach, na których porastają prezentowane przeze mnie laski olszowe, olsza czarna mogłyby odgrywać dodatkowo w pewnym stopniu rolę produkcyjną. Staranny rachunek ekonomiczny dałby odpowiedź na wiele pytań.
Olszę czarną i szarą można by wykorzystać także do zabezpieczenia starych i nowych szlaków zrywkowych (olsze czarne z lasku na spłaszczeniu pozarastały sąsiedni na razie nieużywany szlak zrywkowy), gdzie nieraz erozja przybiera przerażające rozmiary, przez co jezioro żywieckie jest coraz bardziej zamulane, procesy biologiczne w rzekach i potokach zakłócone. Chyba w istnieniu tych gór nie było takiej erozji, przez co mamy coraz większe prawdopodobieństwo powodzi. Istnieje więc pilna potrzeba renaturalizacji cieków wodnych, tworzenia małych oczek wodnych, co wiąże się z odpowiednią zabudową biologiczną.

  kwietniówki 2005 r.
Mala w koncu usnela to wam wszystko opisze. Jak juz wiecie bole zaczely mi sie w czwartek o 2 w nocy i trwaly do rana, w dzien bywalo roznie raz byly bardzo regularne, raz nie bylo ich wcale. Na dobre zaczelo sie w piatek wieczorem ok 20.00 mialam juz regularne bole co 10 min. umowilam sie z lekarzem ze jak tak bedzie zadzwonie do niego, pech chcial ze mojego lekarza nie bylo i byl inny, ktory kazal przyjezdzac jezeli bole beda co 5 min. przez min. 2 h. ok 23.00 bylismy w drodze do szpitala ze skurczami co 3 min. tam podlaczyli mnie do ktg. i skurcze ustaly przez 40 min cisza. POlozna poradzila pospacerowac po korytarzu bo dziecko pewnie sie przestraszylo i taki jest efekt. po 30 min spacerze znowu ktg- skurcze regularne co 5 min.- i bolesne jak ch.... rozwarcie na 1 palec, ale z decyzja czy zostaje czy nie zalezy od lekarza, ktory pelni dyzur telefoniczny u siebie w domu kaza spacerowac i znowu ktg rozwarcie sie nie ruszylo, mam jechac do domu i zglosic sie jak: zaczne krwawic albo wody mi odejda, albo bede miala bardzo regularne skurcze. POwrot do domu a ja chodze z bolu po scianie, zaczela sie sobota jeszcze gorzej skurcze mocne ale nie za bardzo regularne, nic nie moge ropbic tylko leze w lozku, no spa, prysznic nic nie pomaga wije sie jak waz z bolu, ale przeciez mnie nie przyjma bo skurcze nie sa regularne. Niedziela- wybralismy sie na spacer( moze rozwarcie sie ruszy)przez jakies 3 h nie mialam ani jednego skurczu- co za ulga oczywiscie sobotnia noc nie przespana, po powrocie do domu zaczely sie takie skurcze ze wylam na czworaka i walilam glowa w sciane- bol potworny. Miarka sie przebrala postanowilismy ze jedziemy do szpitala i nie rusze sie z tamtad. pojechalismy ktg pokazuje bardzo regularne nachodzace na siebie skurcze , jest rozwarcie na 3 palce i ten sam lekarz tym razem byl w szpitalu , zbadal mnie i stwierdzil ze tak mocno mnie boli bo dziecko jest zle ustawione, powiedzialm ze nigdzie sie nie ruszam i zostaje bo kolejnej nocy w domu nie zniose, pozwolil zostac i kazal podac mi morfine na usmierzenie bolu, mialam po niej spac ok 12 h i obudzic sie na akcje porodowa, z 10 cm rozwarciem. Morfina przyniosla natychmiastowa ulge, usnelam na 2 h po 2 h bol nie do wytrzymania i rozwarcie na 7 cm. lekarza juz nie bylo za to siedziala przy mnie caly czas polozna a ja wilam sie z bolu.o 3 w nocy mialam pelne rozwarcie, pozostalo czekac na parte, blagalam o znieczulenie ale lekarz doszedl do wniosku ze sobie radze i znieczulenie tylko opozni porod. o 8 rano przyszedl moj lekarz jak sie zorientowal co sie dzieje od razu zalatwil mi zoo, przekrecil dziecko ktoro utknelo( zly byl jak nie wiem na tamtego mula) zoo zaczelo dzialac a ja sobie w koncu usnelam, ok 10 ano polozna obudzila mnie na parcie i sie zaczelo, pre pre a konca nie widac, polozne pogonily po lekarza (mial dyzor w klinice) decyzja dziecko utknelo trzeba wyciagac proznociagiem i tylko dzieki niemu w 2 parciach urodzilam. moje parcie w sumie trwalo 2,5h polozyli mi ja na piersi i caly moj bol, zmeczenie i wszystko odeszlo w niepamiec liczyla sie tylko ta chwila, jak popatrzyla na mnie swoimi pieknymi oczkami, wiedzialam ze dla tego momentu moglabym oddac zycie. zabrali ja do badania lekarz mnie szyl (popekalam) a ja wylam biedny chlopina nie wiedzial czy z bolu czy ze szczescia. smial sie potem ze jeszcze takiego dziecka nie widzial jeszcze sie cale cialko nie urodzilo , a oczy miala otwarte (normalnie dzieci maja zamkniete oczka)
Niunia dostala w 1 szej min 8 a w piatej 9 pkt. miala sine raczki i nozki. jak na tak ciezki i dlugi porod bardzo dobrze. dobe po porodzie wypisali nas do domu, teraz uczymy sie zyc razem niunka jest kochana nizej podaje linka do galerii

http://bobasy.pl/?u=471&s...ef7b1eea8&tt=2&

[ Dodano: Pią 22 Kwi, 2005 ]
www.nicoll.bobasy.pl

  Jaskinia Błotna "Pierwszomajowa"
Jaskinia Błotna "Pierwszomajowa"

DŁUGOŚĆ: 155 m
DENIWELACJA: 40 m
WYSOKOŚĆ OTWORU: 495 m n.p.m.
POŁOŻENIE OTWORU: Góra Połom, gmina Wojcieszów



OPIS JASKINI: Do wnętrza jaskini prowadzą dwa otwory znajdujące się blisko siebie. Jaskinia zaczyna się salą wejściową z pochyłym stropem. Jej dno pokryte jest kamieniami i liśćmi. Brak nacieków, sucho. Z salki kierujemy się pochylnią ku NE, po drodze pokonując prożek z kamieni. Po prawej stronie w kierunku SE mijamy ciasny korytarz zagrodzony kamieniami. Poniżej ciasnego korytarza jaskinia rozchodzi się w dół i poziomo w kierunku NW. Idąc poziomo dochodzimy do pochylni biegnącej pod górę. Wychodzimy nią nad studzienkę połączoną z salą wejściową. Jest to pierwszy zamknięty ciąg tej jaskini.
Cofamy się do rozejścia, skąd schodzimy w dół. Przez zacisk i ciasny korytarzyk wychodzimy nad pochyloną studzienkę. Trawersując ją dochodzimy do krótkiego korytarzyka o mytych ścianach, skąd przez ciasne przejście dostajemy się do małej salki z pochyłym dnem. Na dnie sali kamienie i mała ilość nacieków. Stąd prowadzi dalej wąskie przejście, zagrodzone kamieniami, do ciasnego korytarza wcześniej poznanego. Jest to drugi zamknięty ciąg jaskini.
Wracamy do studzienki, którą schodzimy do następnego rozdroża. W kierunku SW mały korytarzyk pokryty kamieniami i gliną. Z rozdroża w kierunku N schodzimy do kolejnej studni, rozwiniętej na szczelinie w kierunku NE. Ma 5 metrów głębokości, ściany myte, na dnie leżą drobne kamienie. Wracamy do rozdroża, w kierunku E przez okienko w ścianie wchodzimy do dalszych partii. Tu dochodzimy nad wcześniej poznaną studnie. Jest to trzeci zamknięty ciąg jaskini.
Od studni z korytarzykiem poruszamy się w kierunku E. Dochodzimy do następnego rozdroża. Ku S ciągnie się pochyły korytarz, biegnący w górę przez parę metrów. Rozdroże i korytarz pokryty kamieniami i gliną. Z rozdroża wejść można też do wysokiego a wąskiego korytarza. Ściany pokryte polewą kalcytową, na dnie trochę kamieni. Dochodzimy do kolejnej pochyłej studni. W tej części jaskinia jest bardziej mokra, pojawia się więcej nacieków. Po zejściu studnią dochodzimy do długiego, wąskiego, meandrującego korytarza. Korytarz biegnie w dół w kierunku E i ma 15 m deniwelacji. Ściany mokre, miejscami spływa z nich woda. Okresowo w dolnej części korytarza płynie mały strumyk wody. Na ścianach korytarza miejscami występuje biała polewa zabrudzona błotem. W korytarzyku spotykamy drobne formy draperii, małe kolumny, żeberka, poutrącane stalaktyty, grzybki naciekowe. Szata naciekowa ma kolor brązowy i jasno brązowy. Spąg kamienisto-gliniasty, miejscami występuje sporo gliny. Koniec jaskini to zwężający się korytarz nie do przejścia, widać dalsze partie do których wpływa woda, wyczuwalny jest mały ciąg powietrza. Na końcu korytarza na dnie występuje oczko wodne z błotem, a ściany pokrywa czerwona glina. Jaskinia we wstępnych partiach sucha, a w dalszych mokra, miejscami wypływa ze ścian woda, dnem okresowo płynie strumień. Namulisko gliniasto-kamienne. W jaskini występują różnorodne formy naciekowe. Sala wejściowa całkowicie oświetlona.

HISTORIA POZNANIA: Jaskinia odkryta 1.05.1977 roku przez członków Speleoklubu "Bobry" z Żagania. Pierwsza nazwa jaskini to Jaskinia Pierwszomajowa. Ze względu na duże ilości błota i wilgoci zmieniono nazwę na Jaskinia Północna Błotna, a następnie na Jaskinia Błotna. Pomiary wykonali w 1992 roku F. Kramek, A. Kulbiński, A. Majgier i D. Niedośpiał, a zdjęcia wykonał R. Konieczny.

GALERIA


  Ogród botaniczny
Z Echo dnia, Data wydania: 19-12-2006

Zmiany w ogrodzie botanicznym
KIELCE. Ogród botaniczny w Kielcach będzie większy niż planowano. W innym miejscu niż zakładano powstaną oczka wodne, zmieniono także dojazd.

Wstępna koncepcja, która powstała kilka miesięcy temu, zanim przekształciła się w ostateczna objechała pół Polski. - Wykonali ją teoretycy i chcieliśmy poddać ją weryfikacji przez praktyków, aby popełnić jak najmniej błędów przy urządzaniu ogrodu - informuje profesor Stanisław Cieśliński z Akademii Świętokrzyskiej, który od ponad 20 lat zabiega o utworzenie ogrodu botanicznego w Kielcach. - Dokument trafił w ręce szefów wielu ogrodów botanicznych w Polsce. Sztab ludzi pracował nad wprowadzeniem zmian.

WIĘKSZY NIŻ ZAKŁADANO

Ogród botaniczny będzie znajdował się po obu stronach ulicy Karczówkowskiej, poniżej wzgórza Karczówki aż po ulicę Jagiellońską. W pierwszej wersji miał mieć 12 hektarów, ale po włączeniu gruntu między Karczówkowską a Bernardyńską powiększy się o prawie 3 hektary. W tej części znajdą się budynki: palmiarnia, szklarnie (z kaktusami i storczykami oraz szpital dla chorych roślin), inspekty, magazyny, sale konferencyjne i całe zaplecze dydaktyczne.

Główny budynek ma mieć kształt odwróconej łodzi. Obok niego staną inne zabudowania o oryginalnym kształcie zbliżonym do korony. Tutaj powstaną także mini ogrody dla niepełnosprawnych. Będą to ogrody smaku, węchu czy dotyku. Maluchy też dostana miejsce dla siebie, gdzie będą mogły siać i sadzić rośliny.

Zabudowę tak rozmieszczono, aby nie zasłaniała widoku na Karczówkę. Z tego powodu palmiarnia ma mieć nietypowy kształt, wpasowany w zbocze, ale to nie ograniczy doboru roślin, które w niej zamieszkają.

Także między ulicami Karczówkowską a Bernardyńską zaprojektowano parkową część ogrodu. Nie będzie ona ogrodzona. - W tym miejscu niewiele się zmieni. Alejki są gotowe, ławeczki stoją, tylko dosadzimy drzew i krzewów, bo rosną tam mało atrakcyjne gatunki - informuje Elżbieta Czajkowska, dyrektorka Geoparku w Kielcach. - Tu będzie można wejść bez biletu, pospacerować, posiedzieć, czy nawet rozłożyć koc.

PLAC, ALPINARIUM, STRUMYK

Miedzy Karczówkowską a Jagiellońska zrezygnowano z zabudowy z wyjątkiem altanek chroniących przed deszczem. Tutaj powstanie główną część ogrodu, a więc działy z różnymi roślinami. W centrum zaplanowano plac, gdzie będą mogły odbywać się imprezy na przykład koncerty. Wokół niego ma powstać alpinarium, z którego będzie tryskał strumyk spływający do jednego z czterech oczek wodnych. Po badaniach geologicznych gruntu przeniesiono je od strony ulicy Jagiellońskiej.

- Po konsultacjach z kolegami ograniczyliśmy sieć dróg między działami roślin, teraz jest tendencja aby było ich jak najmniej. W niektórych ogrodach w Polsce są nawet likwidowane istniejące alejki - informuje dyrektor Czajkowska.

BEZ SAMOCHODÓW

Dojazd do ogrodu zaplanowano ulicą Bernardyńską. Przy niej będą parkingi i główne wejście, a nie jak wcześniej planowano od Karczówkowskiej. Karczówkowska zostanie wyłączona z ruchu samochodowego. - Przywrócimy jej poprzedni charakter traktu spacerowego. Oczywiście zostaną zachowana kapliczki drogi krzyżowej i dostęp do nich - informuje dyrektor Czajkowska.

Dla bezpieczeństwa konieczna będzie przebudowa skrzyżowania Jagiellońskiej z Karczówkowskiej i włączenie do niego ulicy Bernardyńskiej.

Obie części ogrodu poza zwykłym przejściem połączy tunel z ciekawą galerią. Będzie można obejrzeć w nim roślin od dołu, czyli od strony korzenia. Powstaną też akwaria i terraria ze zwierzętami.

- W przyszłym roku planujemy otrzymać pozwolenie na budowę oraz wykonać prace ziemne wraz z uformowaniem skarpy alpinarium i oczek wodnych. Najpóźniej w 2008 roku rozpocznie się sadzenie roślin. Budynki chcemy postawić za unijne pieniądze. Jest program, z którego można otrzymać euro na urządzenie ogrodu botanicznego i szykujemy do niego wniosek. Miasto samo na pewno nie sfinansuje tej inwestycji - tłumaczy dyrektor Czajkowska.

Agata KOWALCZYK kowalczyk@echodnia.eu

  GRAND PRIX
Półmetek cyklu Speedway Grand Prix. Kolejną „przystanią” najlepszych żużlowców na świecie będzie Dania. 24-ego czerwca o godzinie 19.00 na stadionie Parken w Kopenhadze rozpoczną się boje o zwycięstwo w piątej z kolei eliminacji Indywidualnych Mistrzostw Świata.

Nieco ponad półmilionowe miasto położone na wyspie Zelandia jest jedną z piękniejszych stolic Europy. Symbolem Kopenhagi jest Mała Syrenka. Siedzi na głazie wyłaniającym się z wody, tuż przy portowym nabrzeżu. Wzruszające ucieleśnienie Andersenowskiej baśni nieoczekiwanie stało się prawdziwym symbolem Kopenhagi. Posąg zawdzięcza sławę nie tylko swemu pierwowzorowi, lecz także własnej, tragicznej historii. Szaleńcy i wandale dwukrotnie odrąbywali syrence głowę, a kilkakrotnie rękę!

Liczące dziesięć wieków miasto ma bogatą historię, której udokumentowanie możemy podziwiać w muzeach. Obecnie olbrzymie zbiory Muzeum Narodowego ukazują życie w Danii od epoki kamienia po czasy dzisiejsze. Całość podzielono na kilka wielkich ekspozycji m.in. prehistoryczną, antyczną, średniowieczną, renesansową i etnograficzną. Ciekawostką jest Muzeum Dziecięce, w którym można dotykać wszystkich eksponatów.

Galeria Narodowa posiada kolekcję takich sławnych malarzy jak Picasso czy El Greco. Warto również zajrzeć do Biblioteki Królewskiej. Dziś jest to jedna z największych bibliotek w Europie, ze zborami liczącymi 21 milionów wolumenów! Zdeponowano tutaj m. in. rekopisy Karen Blixen, Hansa Christiana Andersena oraz Sorena Kirkegaarda.

Assistens Kirkegard - park, a zarazem najpiękniejsza nekropolia Kopenhagi, powstał w 1757 r. Wśród pochowanych tutaj osobistości są takie sławy jak pisarz Hans Christian Andersen, czy filozof Soren Kirkegaard. Obecnie jest to ulubione miejsce kopenhażan na urządzenie niedzielnych pikników. Norrebrogade. Z kolei Bakken to najstarszy na świecie park rozrywki, znacznie starszy i bardziej oryginalny od Tivoli. Dodatkowym atutem jest bezpłatny wstęp.

Kopenhaga to także od kilku lat żużel na najwyższym poziomie. Na stadionie Parken raz w roku zjeżdża się plejada gwiazd speedwaya, by walczyć o wiktorię w Speedway Grand Prix Danii. W ubiegłym roku na tamtejszym torze triumfował Szwed Tony Rickardsson, który skandynawskie państwo traktował jako kolejną stację przybliżającą do upragnionego, szóstego już, tytułu najlepszego jeźdźca globu.

Tak było niemalże rok temu – 25.06.05r.:
1. Tony Rickardsson
2. Greg Hancock
3. Antonio Lindbaeck

Jak zakończą się tegoroczne duńskie zawody? W czołówce jest bardzo ciasno. Sytuacja jest daleka od klarownej. Zawodników dzieli zaledwie kilka punktów. Pewny swego może być jedynie Australijczyk Jason Crump, który nad drugim w ogólnej klasyfikacji Gregiem Hancockiem ma aż 34 „oczka” przewagi! 59 punktów ma Nicki Pedersen, który będzie z pewnością chciał przegonić Amerykanina. Duńczyk musi zdobyć o trzy więcej od Kalifornijczyka, by go wyprzedzić. Motorem napędowym oraz kluczem do sukcesu może okazać się fantastyczna publika, której znaczna część będzie kibicować Nicki’emu.

Jak ocenia się szanse Polaków? Tomasz Gollob jest wprawdzie czwarty w tabeli punktowej, ale przed piątkową sesją treningowa powiedział, że czegoś mu brakuje i musi jeszcze popracować nas swoimi silnikami. Rok temu nie zachwycił. Był dopiero jedenasty. Chcąc utrzymać się w czołówce Pan Tomasz nie może sobie pozwolić na podobny wynik.

Jarosław Hampel rok temu był siódmy. Obecnie zajmuje piątą lokatę w ogólnej klasyfikacji. Ligowe występy popularnego „Małego” na całym świecie zwykle kończą się dwucyfrowymi rezultatami. Jest to dowód na to, że Jarek jest w optymalnej formie. Miejmy nadzieję, że ostatnie wyniki również przełożą się na pozytywny wynik w Grand Prix.

Z kolei Piotr Protasiewicz musi w końcu udowodnić, że stała „dzika karta” została mu słusznie przyznana. Do tej pory zawodził, w jego jeździe brakowało animuszu i ostatecznego akcentu przybliżającego do zwycięstwa w danym wyścigu. Czy Dania okaże się miejscem przełomowym? Pozostaje nam poczekać do późnych godzin wieczornych.

Czarnym koniem dzisiejszych zawodów może być Hans Andersen, który otrzymał „dziką kartę” pozwalającą na start w kopenhaskiej eliminacji. Duńczyk będzie chciał wszystkim pokazać, że został skrzywdzony, gdyż nie dostał stałego miejsca w tegorocznej walce o najwyższe laury. Podrażniona ambicja będzie okazać się jego kartą przetargową.

Wszyscy kibice żużla z niecierpliwością oczekują kolejnego odcinka pasjonującego żużlowego serialu jakim jest Speedway Grand Prix. Na razie główną rolę gra Jason Crump. Czy ktoś przerwie hegemonię zawodnika z Antypodów?

Moim faworytem jest jak zwykle Hancock i Hampel Mam nadzieje ze na podium stanie rowniez Andersen

Final:
1.Hampel
2.Hancock
3.Andersen
4.Crump

Choc nie zdziwie sie jak wygra Andersen chlopak teraz szaleje ostro

pozdro

  [Staromieście] park handlowy Casta Invest Polska
Projekt wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego, które czeska firma ''Casta'' chce zbudować na Staromieściu nabiera kształtów. Ogłoszony przez inwestora konkurs na koncepcję architektoniczno-urbanistyczną obiektów wygrała rzeszowska pracownia Archicomp.

Kilka miesięcy temu ''Casta'' zaprezentowała w Rzeszowie koncepcję swojego centrum autorstwa warszawskiej pracowni SDA. Projekt nie przypadł jednak do gustu radnym, którzy poprosili czeską firmę o zorganizowanie konkursu, stawiając jednocześnie swoje warunki.

Wygrali rzeszowianie

- Nasza koncepcja godzi życzenia inwestora, radnych oraz Biura Rozwoju Miasta Rzeszowa - tłumaczy Grzegorz Magdoń, architekt z pracowni Archicomp w Rzeszowie, która wygrała konkurs. - Przede wszystkim zgodnie z sugestią radnych plac z miejscami parkingowymi zostanie od strony ul. Lubelskiej zasłonięty pierzeją, składającą się z kilku obiektów.

Rozrywka, handel i... mieszkania

Według wizji projektantów na tę pierzeję złożą się: budynki biurowe, 14-kondygnacyjny hotel oraz centrum rozrywki z multikinem i restauracją. Na zachód od nich pojawi się parking na 4,5 tys. samochodów. Za parkingiem powstaną markety: budowlany z ogrodem, meblowy, AGD, RTV oraz galeria handlowa z największym hipermarketem spożywczym.

Cała działka należąca do ''Casty'' ma powierzchnię 58,5 ha, z tego funkcja handlowa zajmie ponad 37 ha. Na pozostałych 20 ha Czesi planują budowę osiedla mieszkaniowego dla 15 tys. osób. Ma być oddzielone od centrum szerokim na 60-70 m parkiem z miejscami do wypoczynku.

Będzie plac i fontanna

- Ważną rolę w naszym projekcie odgrywają dwa ciągi pieszo-jezdne - mówi Grzegorz Magdoń. - Ten z zachodu na wschód prowadziłby z osiedla mieszkaniowego ''Casty'' w kierunku przyszłych terenów rekreacyjnych nad Wisłokiem, drugi natomiast łączyłby tereny centrum handlowego z osiedlem Staromieście-Ogrody.

Na skrzyżowaniu obu ciągów powstałby duży plac z fontanną i oczkiem wodnym, a nad ul. Lubelską pojawiłaby się kładka.

Wszystko w rękach radnych

''Casta'' będzie mogła zrealizować swoją inwestycję jeśli rzeszowscy radni uchwalą zmianę planu zagospodarowania przestrzennego. Może to nastąpić jeszcze w tej kadencji. Radni prawicy tym razem nie mówią ''nie''. Powtarzają jednak, że centrum musi prezentować architekturę wysokiej klasy.

KRZYSZTOF KUCHTA

kkuchta@pressmedia.com.pl

Super Nowości z dnia 13_09_2006


źródło: Super Nowości

Informacja podana z kilkutygodniowym opóźnieniem, po za tym to nie Czesi będą budować osiedle, w pobliżu Casty powstanie "Staromieście Sady" ale to rodzima inwestycja zapowiadana od kilku miesięcy.

  Pirania pogryzła czterolatka! Gdzie?? W Rudzkiej Plazie!!!
Dzieci: Uwaga na Piranie!!!

Pirania pogryzła czterolatka w Centrum Handlowym "Plaza" w Rudzie Śląskiej

Pirania ugryzła czteroletniego Kubę w Centrum Handlowym "Plaza" w Rudzie Śląskiej. Drapieżne ryby pływające w oczku wodnym od lat były atrakcją tego miejsca, choć nie wszyscy o tym wiedzieli

Plaza to jedyne centrum handlowo-rozrywkowe w mieście. Są tu butiki, supermarket, kręgielnia i kino. Na parterze, tuż obok ruchomych schodów, wybudowano dwie niewielkie sadzawki z wodą. Jeszcze dwa dni temu pływało tu dziesięć drapieżnych piranii. Były jedną z atrakcji galerii.

Czteroletni Kuba przyszedł do centrum we wtorek razem z rodzicami. - Jak zwykle szliśmy pasażem. Weszłam do jednego ze sklepów, a Kuba z mężem na mnie czekali. Syn jest bardzo ruchliwy, ciekawy świata. Podbiegł do sadzawki pooglądać rybki. Kiedy wyszłam ze sklepu, zobaczyłam, jak płakał. Jego rączka krwawiła - mówi Jadwiga Kozłowska, matka chłopca

Okazało się, że jedna z drapieżnych ryb ugryzła dziecko w palec. Kozłowscy pojechali z nim do szpitala. Chłopiec dostał zastrzyk przeciwtężcowy.

Kozłowscy o przykrym zdarzeniu mogliby szybko zapomnieć, gdyby nie reakcja pracowników Plazy. - Przyszedł do nas jakiś człowiek z ochrony. Nawet się nie przedstawił. Zamiast przeprosin usłyszeliśmy, że mamy rozbrykane dziecko, które wkłada rękę nie tam, gdzie trzeba. Przecież nie wiedzieliśmy, że w zbiorniku pływają piranie! Ochroniarz wmawiał nam, że wiszą ostrzeżenia. Owszem są tam napisy: "Uwaga na dzieci, woda!", ale to chyba to nie to samo co informacja, że w wodzie są krwiożercze ryby! - denerwują się rodzice Kubusia.

Piotr Przybylski, asystent i prawa ręka dyrektora Plazy, też nie ma wątpliwości. Zawinili rodzice, bo nie upilnowali malca. - Jeżeli widzę napis: "Uwaga prąd", to nie wtykam tam rąk. Na oczku wodnym są wyraźne ostrzeżenia, by uważać na dzieci - mówi Przybylski. Przyznaje, że obok sadzawek nie było tabliczek ostrzegających przed piraniami, bo zostały zniszczone przez klientów.

Przybylski nie potrafi wytłumaczyć, skąd pomysł, by do oczka wodnego, obok którego codziennie przechodzą setki osób, wpuszczać drapieżne ryby. Jego zdaniem piranie pływały w sadzawce od lat, bo taki pomysł miała firma, która aranżowała wnętrza Plazy. Miały być atrakcją dla klientów.

Zaraz po wypadku dziesięć piranii wyłowiono z sadzawki. Przedstawiciele centrum handlowego nie chcą powiedzieć, co się z nimi stało. Podobno zabrała je jedna z firm sprzedających akwariowe ryby.

Przy sadzawce, gdzie jeszcze dwa dni temu pływały drapieżne ryby, dalej bawią się dzieci. Dorośli są zaskoczeni informacją, że pirania ugryzła tu chłopca. - To jakieś żarty. Zawsze, gdy przychodzimy do Plazy, bawimy się przy sadzawce. Nigdy nikt nie zwrócił nam uwagi na niebezpieczeństwo - powiedział nam Michał Kowalski, mieszkaniec Halemby.

Rudzka policja będzie wyjaśniać, czy centrum handlowe nie naraziło chłopca na utratę zdrowia.
http://miasta.gazeta.pl/k...006-03-16-03-05

  1
Pirania pogryzła czterolatka w Rudzie Śląskiej

Czteroletni Kuba długo nie zapomni spotkania z piranią

Pirania ugryzła czteroletniego Kubę w Centrum Handlowym "Plaza" w Rudzie Śląskiej. Drapieżne ryby pływające w oczku wodnym od lat były atrakcją tego miejsca, choć nie wszyscy o tym wiedzieli

Plaza to jedyne centrum handlowo-rozrywkowe w mieście. Są tu butiki, supermarket, kręgielnia i kino. Na parterze, tuż obok ruchomych schodów, wybudowano dwie niewielkie sadzawki z wodą. Jeszcze dwa dni temu pływało tu dziesięć drapieżnych piranii. Były jedną z atrakcji galerii.

Czteroletni Kuba przyszedł do centrum we wtorek razem z rodzicami. - Jak zwykle szliśmy pasażem. Weszłam do jednego ze sklepów, a Kuba z mężem na mnie czekali. Syn jest bardzo ruchliwy, ciekawy świata. Podbiegł do sadzawki pooglądać rybki. Kiedy wyszłam ze sklepu, zobaczyłam, jak płakał. Jego rączka krwawiła - mówi Jadwiga Kozłowska, matka chłopca

Okazało się, że jedna z drapieżnych ryb ugryzła dziecko w palec. Kozłowscy pojechali z nim do szpitala. Chłopiec dostał zastrzyk przeciwtężcowy.

Kozłowscy o przykrym zdarzeniu mogliby szybko zapomnieć, gdyby nie reakcja pracowników Plazy. - Przyszedł do nas jakiś człowiek z ochrony. Nawet się nie przedstawił. Zamiast przeprosin usłyszeliśmy, że mamy rozbrykane dziecko, które wkłada rękę nie tam, gdzie trzeba. Przecież nie wiedzieliśmy, że w zbiorniku pływają piranie! Ochroniarz wmawiał nam, że wiszą ostrzeżenia. Owszem są tam napisy: "Uwaga na dzieci, woda!", ale to chyba to nie to samo co informacja, że w wodzie są krwiożercze ryby! - denerwują się rodzice Kubusia.

Piotr Przybylski, asystent i prawa ręka dyrektora Plazy, też nie ma wątpliwości. Zawinili rodzice, bo nie upilnowali malca. - Jeżeli widzę napis: "Uwaga prąd", to nie wtykam tam rąk. Na oczku wodnym są wyraźne ostrzeżenia, by uważać na dzieci - mówi Przybylski. Przyznaje, że obok sadzawek nie było tabliczek ostrzegających przed piraniami, bo zostały zniszczone przez klientów.

Przybylski nie potrafi wytłumaczyć, skąd pomysł, by do oczka wodnego, obok którego codziennie przechodzą setki osób, wpuszczać drapieżne ryby. Jego zdaniem piranie pływały w sadzawce od lat, bo taki pomysł miała firma, która aranżowała wnętrza Plazy. Miały być atrakcją dla klientów.

Zaraz po wypadku dziesięć piranii wyłowiono z sadzawki. Przedstawiciele centrum handlowego nie chcą powiedzieć, co się z nimi stało. Podobno zabrała je jedna z firm sprzedających akwariowe ryby.

Przy sadzawce, gdzie jeszcze dwa dni temu pływały drapieżne ryby, dalej bawią się dzieci. Dorośli są zaskoczeni informacją, że pirania ugryzła tu chłopca. - To jakieś żarty. Zawsze, gdy przychodzimy do Plazy, bawimy się przy sadzawce. Nigdy nikt nie zwrócił nam uwagi na niebezpieczeństwo - powiedział nam Michał Kowalski, mieszkaniec Halemby.

Rudzka policja będzie wyjaśniać, czy centrum handlowe nie naraziło chłopca na utratę zdrowia.



- gazeta.pl

  Dobry den Vysoke Tatry !!!
Witam wszystkich,

W tym roku postanowiłam z chłopakiem odwiedzić po raz pierwszy naszych "tatrzańskich sąsiadów". Właściwie wypad podzieliliśmy na część słowacką (27.07 - 06.08) i polską (06.08 - 09.08). A oto nasze wrażenia:

27 lipiec: Stary Smokovec - Hrebienok - Bilikova Chata - Wodospad Zimnej Wody - Stary Smokovec
Do Novej Lesnej, gdzie mieliśmy noclegi w pensjonacie na ul. Sławkowskiej 321...:), dojechaliśmy koło południa. Pogoda była wspaniała toteż po wyjściu z elektryczki naszym oczom ukazała się przepiękna panorama Tatr Słowackich. Ten widok naprawdę zachwycał w przeciwieństwie do ogromu zniszczeń lasu spowodowanych przez huragan w 2004 r. Zobaczyc zdjęcia z tej katastrofy to nie to samo co zobaczyć jej efekt na własne oczy... Pełni sił i zapału (po 16 godzinach podróży ) pakujemy plecaki i ruszamy na krótką trasę do Wodospadów Zimnej Wody.

28 lipiec: Strbske Pleso - Bystre Sedlo- Chata pod Soliskom - Strbske Pleso
Naszym celem był Bystry Przechód - polecany przez wielu z Was na tym forum. I faktycznie wart polecenia:) Nie myslałam tylko, że jest tam tak wąsko W dolinie Młynickiej spotkaliśmy kozice, Kolisty Staw pokryty był jeszcze "różowym lodem", a przy samym podejściu zalegał niewielki płat śniegu. Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć wreszcie Niżni Staw Furkotny, w którym występuje reliktowy gatunek - skrzelopływka bagienna (ludowa nazwa "zadychna", u nas obecna niegdyś w Dwoistym Stawie Gąsienicowym, są plany jej reintrodukcji ze Stawu Furkotnego, w Europie jest zlokalizowana tylko w Norwegii i Tatrach Słowackich). Po powrocie do Novej Lesnej małe piwko (Maciek miał urodziny) i szybkie spanie

29 lipiec: Tatranska Polianka - Velicke Pleso - Pol'sky Hreben - Stary Smokovec
Dolina Wielicka należy zdecydowanie do moich ulubionych (no może poza Śląksim Domem, który jest wg mnie beznadziejny). Zarówno w jedną jak i drugą stronę towarzyszyły nam świstaki, które widziałam pierwszy raz "na żywo" Przez kilka lat pobytu w Tatrach Polskich nie udało mi się ich spotkać ani razu. Fajne zwierzaki No i deser: Ogrody Wielickiego. Żółte kwiaty miłosnej górskiej, fioletowy tojad mocny, wspaniale kontrastowały z granitowymi skałami. Jak tylko zobaczyłam Długi Staw i opadający na niego stożek, przypomniała mi się fotka Bogusia (zdjęcie 94 w galerii Jesień znów zamieszała - czy się mylę?). Na Polskim Grzebieniu nie posiedzieliśmy zbyt długo bo zaczeło grzmieć w pobliżu, jak zaczęło padać siedzieliśmy już w Śląskim Domu:)

30 lipiec: dzień odpoczynku czyli Poprad i Spiska Sobota
Panoramy Tatr z Popradu niestety nie widzieliśmy bo padało a Poprad... - miasto jak miasto, a że trafiliśmy tu w niedzielę to dodatkowo wyludnione z pozamykanymi sklepami. Udało nam się jednak znaleźć jeden otwarty supermarket, zrobiliśmy zakupów i odwiedziliśmy Spiskią Sobotę. Ładna dzielnica i jak pisał Janek: "znacznie bardziej ciekawa od tej pseudo alpejszczyzny Smokovca i T. Łomnicy"

31 lipiec: Popradske Pleso - Symbolicky cintorin - Vel'ke Hincovo Pleso - Koprovske Sedlo - Popradske Pleso
Pogoda się różnie zapowiadała więc powyższą trasę podzielilismy na 4 odcinki - gdzie dojdziemy tam dojdziemy:): Popradzki Staw i Cmentarz pod Osterwą, Hińczowy Staw, Koprowa Przełęcz, Koprowy Wierch. Udało się wejść na Koprową Przełęcz, kiedy chmury znad Mięguszowieckich Szczytów zaczęły schodzić coraz niżej zwiastując ulewę. W rejonie Hińczowego Stawu dosłownie nas zmyło...Kurtki nam na szczęście nie przemokły, za to spodnie i buty - potok...I tak było super:) W zasadzie dopiero po zejściu z Koprowej Przełęczy pogoda się nam tak popsuła, do tego czasu widoczność była bardzo dobra, cała wielka Grań Baszt i Mięguszowieckie - coś wspaniałego:) Znowu widzieliśmy świstaki w rejonie Hińczowego Stawu. Od strony słowackiej Koprowy Szczyt to zdecydowanie lepszy pomysł niż Rysy, na które walą tłumy turystów skuszeni łatwiejszym podejściem. Rysy zdecydowanie od strony polskiej...(chociaż nawiasem mówiąc tam też walą tłumy turystów - ale podejście "troszkę" ciekawsze) :)

1 sierpień: suszymy się w Novej Lesnej
Przemoczone poprzedniego dnia buty jeszcze dosychały. Zrezygnowaliśmy z wyjścia w góry, tym bardziej, że co chwilę popadywało. Góry były dosłownie magnesem dla tych wielkich, ciemnych chmur...Popołudniu, jak już się trochę przejasniło, zrobiliśmy mały spacer z aparatem w kierunku Wielkiego Sławkowa, odbiliśmy drogą w prawo i trasą w pobliżu elektryczki doszliśmy z powrotem do Novej Lesnej. A wieczorem to co tygryski lubią najbardziej - słowacki likier czekoladowy

2 sierpień: cel - Zbójnicka Chata (ewentualnie Rohatka)
Jak to się mówi - możesz sobie planować a góry i tak zaplanują za Ciebie...Trasa, która zapowiadała się naprawdę ciekawie skończyła się na etapie troszkę powyżej Rainerowej Chaty. Szłam przodem, Maciek za mną. Dolina Staroleśna podobała mi się coraz bardziej. W pewnym momencie we włosy wleciał mi rój jakiś robali, które strasznie zaczeły mnie gryźć w głowę. Maciek zaczął je ode mnie odganiać - pokąsały go w twarz i szyję. Cholernie bolało, dodatkowo miejsca ugryzień zaczęły szybko puchnąć. Na szczęście skończyło się na strachu...Nie wiem czy szybko tam wrócę.

3 sierpień: Biela Voda - Dolina Kezmarskej Bielej Vody - Chata pri Zelenom Plese - Sedlo pod Svist'ovkou - Skalnate Pleso - Tatranska Lomnica
Ten szlak zostawialiśmy na naprawdę ładną pogodę. Nasłuchalismy się, że Zielony Staw i jego otoczenie to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Tatrach Słowackich. Nic dodać, nic ująć;) Bardzo fajnie podchodzi się również na Rakuską Czubę (za łańcuchami po lewej jest chyba jakaś koleba/jaskinia?) Tak się zastanawialiśmy czy jest duża? Rejon Skalnatego Plesa jakoś specjalnie nas nie zachwycił. Może dlatego, że pełno było tam turystów, a nad Łomnicą kłębiły się chmury, zasłaniając ją całkowicie. Zejście ze Skalnatego Plesa do Tatrzańskiej Łomnicy - to jeden z najbardziej upierdliwych dla mnie szlaków - w dodatku łatweo można zgubić właściwy zielony szlak i schodzić tą droga zjazdową dla narciarzy.

4 sierpień: cel - zakupy w Tesco czyli kolejny wypad do Popradu
oczywiście w ramach dnia odpoczynku :)

5 sierpień: Stary Smokovec - Hrebienok - Zamkovskeho Chata - Teryho Chata - Stary Smokovec
Od rana góry były zamglone. Zdecydowaliśmy się dojść do Chaty Tery'ego, a w razie pogorszenia pogody - chociaż do Chaty Zamkowskiego. Na szczęście aura dopisała i około 10:30 zawitaliśmy do Tery'ego. Przez 1,5 h czekaliśmy na poprawę pogody i udało się... powoli zaczęły się odsłaniać szczyty otaczające dolinę Pięciu Stawów Spiskich. Nie dość, że dolina wspaniała to jeszcze zjedliśmy pyszną zupę czosnkową...po prostu"cud, miód i orzeszki":) Nie ukrywam, że moje oczka błądziły w kierunku Lodowej Przełęczy czy Czerwonej Ławki, ale cóż...na wszystko przyjdzie jeszcze czas:) Musielismy zejść powoli do Smokovca i spakować się.

6 sierpień: cel - Zakopane city
Ostatni rzut oka na Tatry Słowackie z elektryczki, PKS linii Poprad - Zakopane i w drogę. Od Zdziaru wielka ulewa; panorama z Bukowiny Tatrzańskiej niewidoczna; Zakopane przywitało nas deszczem...

7 sierpień:Dolina Jaworzynki - Czarny Staw Gąsienicowy - Kozia Dolinka - Zadni Granat - Skupniów Upłaz - Kuźnice
Z racji tego, że w dolinie Jaworzynki nie byłam już z 3 - 4 lata wybralismy właśnie ją jako dojście do Hali Gąsienicowej. Na polanie powitały nas na szczęście łanie a nie niedźwiedź;) Przez całe podejście na Zadni Granat chmury na zmianę za nami podążały - to znów wycofywały się. W końcu tuż pod samym szczytem dorwały nas na całego = mieliśmy powtórkę znad Hińczowego Stawu, przy czym oprócz deszczu padał grad. Szczeliny w wyższych partiach gór (pod Orlą) zrobiły się białe. Szybko doszliśmy do Murowańca, gdzie po podobnych doświadczeniach na Słowacji wzięlismy ze sobą zapasowe spodnie i skarpetki - przydały się;-)

8 sierpień: Dolina Kościeliska - Raptawicka Jaskinia - Smreczyński Staw
Od rana kolejka do Kościeliskiej jakiej świat nie widział...Przy tak kiepskiej pogodzie był to jedyny sensowny szlak, to może nie ma się co dziwić. Po powrocie do Zakopca odwiedzilismy jeszcze TPN na Chałubińskiego, spakowalismy się i około 20:00 wsiedliśmy do pociągu. Nasz ostatni cel - Toruń Główny...

Pozdrawiamy i mamy nadzieje, że Was nie zanudziliśmy:)[/b]

  [L] THIEF - OPOWIEŚĆ O ZŁODZIEJU...
Jak już pewnie zdążyłem się wam kiedyś pochwalić, piszę książkę "Thief - The City Stories" czyli zbiór opowiadań z Miasta.
Miałem taki system: piszę dwa opowiadania, jedno publikuję na forum, jednego nie.
A teraz sobie pomyślałem: po kija robić tajemnice?
A więc w odstępach czasowych zamieszczę wszystko, co dotychczas ukrywałem.

==============================

CURSED
PRZEKLĘTA

PRZEKLEŃSTWO JEST DZIEŁEM SZACHRAJA LUBO INNEGO PLUGASTWA.
NALEŻY Z NIM WALCZYĆ Z NAJWYŻSZYM POŚWIĘCENIEM,
AŻ ŚWIAT OCZYŚCI SIĘ Z TEGO ŻAŁOSNEGO ROBACTWA.
ALBOWIEM TYLKO WIARA W BUDOWNICZEGO JEST SKUTECZNYM LEKIEM
MŁOTODZIERŻCÓW KSIĘGA ZASAD

Może to zabrzmi głupio, ale ostatnio polubiłem czytanie. Od kiedy mistrz Brett rózgą wbił mi kształty liter do głowy, raczej traktowałem książki jako źródło informacji... zwłaszcza o ludziach. Nie sądziłem, że to może być takie przyjemne! Gustuję w powieściach przygodowych, ostatnio zaliczyłem „Historię Oswalda Gilberta – wielkiego złodzieja”, „Zamek w Stretton”, „Upiór w Ceen”, a także słynną „Czarodziej Harold”. Nie trawię w ogóle romansów dworskich... są obrzydliwe. Zwłaszcza, że całkowicie nierealistyczne.
Kończylem właśnie „Siedmiu małych złodziei”, książki o nastoletnich złodziejaszkach z wielkiego miasta, gdy ktoś zapukał do drzwi. Lekko znudzony tą starą ceremonią, podkradłem się pod drzwi, wyciągnąłem sztylet i czekałem. Po chwili usłyszałem zza wejścia stanowczy alt, zawierający w sobie tajemniczą nutę:
-Pan Garrett? Potrzebuję fachowca z pańskiej profesji.
-Służę uprzejmie. Proszę się rozgościć.
Młoda kobieta, która do mnie przyszła była na pewno niepospolitą osobą. Niewysoka, minimalnie pucułowata, o niezwykle niebieskich oczach i długich, czarnych włosach, spiętych w kuc. Ubrana w dość bogatą, ciemnoczerwono-czarną suknię i płaszcz ze srebrną zapinką w kształcie ośmioramiennej gwiazdy. Oczy miała podkrążone wyraźnym, czarnym makijażem. Zapewne spotkać ją w ciemnym zaułku by napędziło strachu nawet odważnym.
-Chce pan od razu przejść do interesów, czy najpierw wysłuchać całej historii...
-Wolę historię. Mogę z niej wyciągnąć jakiejś konkretne, przydatne informacje.
-Dobrze więc... nie będę obwijać w bawełnę i powiem wprost, co jest moim problemem: jestem przeklęta – co jak co, ale nie tego się spodziewałem usłyszeć od poważnej patrycjuszki. Na szczęście lata treningu i słabe światło świec ukryło moje zdziwienie.
-Przeklęta?
-Właśnie tak. Moja babka od strony matki... ta pieprzona dziwka puszczała się z każdym, kto tylko się napatoczył! Nie wiem czemu, czy przypadkiem się tym komuś naraziła, czy obraziła bogów, ale dotknęło ją przekleństwo, które drąży też jej potomków... moja matkę i mnie. O ile ją to szybko zabiło, bo tuż po moim narodzeniu, to ja nie chcę tak marnie skończyć. Klątwa, która mnie spotkała jest... dziwna. Polega na tym, że za każdym razem jak spojrzę na księżyc... zaznaczam: spojrzę... to tracę pamięć i budzę się jakiś okres czasu później. W międzyczasie nie wiem co się dzieje, nic nie pamiętam – oczy mojej klientki zabłyszczały dziwnie, a na jej twarzy pojawiło się przerażenie – ci, co mnie wtedy widzieli, mówią o mnie straszne rzeczy. Że niby nie reaguję na nic, że rozmawiam z niewidocznymi osobami, że widzę rzeczy, których nie ma. Ponoć jestem też agresywna. Słyszał pan kiedyś o czymś podobnym?
-Nie.
-Nie jestem zamożna, od śmierci mego kochanego ojca, niech ziemia lekką mu będzie, nie wiedzie mi się za dobrze. Owszem, pracuję w Wysockiej Operze jako recytatorka, a także w Wielkiej Bibliotece jako konserwatorka dzieł... ale to i tak nie daje mi wielkich dochodów. Dlatego, gdy postanowiłam poprosić o radę Młotodzierżców, to musiałam sprzedać całą swoją biżuterię, by mi starczyło pieniędzy. Na szczęście kapłanowi to wystarczyło i udzielił mi audiencji. Powiedział, że ta klątwa to kara za grzechy mojej babki i musi zostać wypalona świętym ogniem. Przerażenie odebrało mi wtedy oddech. Jego stwierdzenie oznaczało dla mnie stos lub coś równie potwornego. Jednak kapłan przypomniał sobie, że mój ojciec w swoim czasie aktywnie... finansowo wspomagał zakon i być może z tego powodu moje serce jednak nie jest do końca spaczone. Że miało jakąś barierę. Może to był też efekt wysokiego honorarium ode mnie. W każdym razie kapłan powiedział że jest jeszcze jedna metoda, która mnie uratuje, a mianowicie noszenie odpowiedniego amuletu. Niestety, ze względu na wyjątkowość mojej klątwy amulet też musi być wyjątkowy. Mianowicie potrzebny jest Gerant: niewielki wisiorek w kształcie oka, wykonany całkowicie ze złota, czarnej masy perłowej i z szafirem. Coś takiego posiada Lord Qurt. Niestety, mnie nie stać na odkupienie od niego tego przedmiotu, a on nie chce go wypożyczyć, pomimo długu wdzięczności, jaki ma u naszej rodziny. Nie zostaje mi nic innego jak nauczyć go dotrzymywania obietnic.
-I to jest moje zadanie, jak miewam?
-Dokładnie.
-Mówiła pani, że potrzebuje fachowca. Ostrzegam, że fachowcy są drodzy.
-Wiem, dlatego już na wstępie mówię, że nie otrzyma pan ode mnie zapłaty w pieniądzach, lecz...
-Nie jestem zainteresowany płaceniem ciałem – źrenice klientki się zwęziły, a jej twarz stała się zacięta. Bil od niej stalowy gniew:
-Jak śmiesz! Sugerujesz, że ja, Yoanna van Tarrengordt zniżę się do poziomu portowej dziwki!
-Najmocniej przepraszam... proszę mi wybaczyć tę okropną gafę... Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie, że zazwyczaj moje klientki mi oferują tego typu usługi w ramach zapłaty... głupie przyzwyczajenie. Ja jednak nigdy nie korzystam z tych usług i każę wrócić z gotówką. Według mnie też prostytucja powinna być zakazana.
-To dobrze... w ramach wynagrodzenia oferuję przysługę. Jako konserwatorka Wielkiej Biblioteki mam dostęp do wszystkich, nawet najrzadszych dzieł. Jakby pan jakiegoś potrzebował, to mogę je załatwić. Tak samo z operą, jakby pan czegoś potrzebował, wie pan, gdzie mnie szukać... mieszkam nieopodal Świątyni Żelazodrzewa w Starej Dzielnicy. To wszystko, żegnam i życzę powodzenia.
Pocałowałem jej dłoń i odprowadziłem do drzwi.
Gdy wyszła, poczułem jak z mojego serca opada jakieś napięcie. Rzuciłem się na kanapę i pogrążyłem w rozmyślaniach. Co za intrygująca osoba. Myślę, że nawet największego prostaka zmusiłaby do zachowania grzeczności... samą swoją obecnością. Spotykałem już takich ludzi: mężczyzn, budzących szacunek i strach, kobiety budzące szacunek i powagę. Niezwykła osoba...
Na szczęście zadanie nie jest niezwykłe, a kontakty w Wielkiej Bibliotece mogą się przydać. Muszę tylko znaleźć mapę, sprzęt mam... no i trafić z terminem. Lord Qurt o ile pamiętam ma niewielką posiadłość, więc nie nabiegam się za bardzo.
*
Była chyba północ, gdy przeskoczyłem wysoki żywopłot okalający całą posiadłość. Za nie za dużym trawnikiem wznosiła się pięciokątna, piętrowa budowla, opatulona ciemnością. Niestety, moja mapa nie obejmuje niczego poza parterem, więc będę się poruszał lekko po omacku. Nie mówiąc o jej ogólnej tandetności:

Ale miło wiedzieć, że pośrodku znajduje się korytarz obiegający galerię. Myślę, że to tam znajdę przedmiot.
Mury nie zostały niczym oświetlone, więc podkradłem się wzdłuż wschodniego aż do wejścia. Stało tu dwóch wartowników, więc nie warto się przedzierać. Cofnąłem się i ujrzałem smugę światła jaśniejącą za niedomkniętym oknem. Wspiąłem się na palce i podciągnąłem do otworu. Zajrzałem do środka, do dużej komnaty pełnej dywanów i gobelinów o złotych barwach. Przy rozpalonym kominku, w fotelu siedział młody chłopak, najwyżej dwunastoletni. Czytał jakąś opasłą księgę. Podciągnąłem się i miękko ześlizgnąłem na dywan. Kominek dawał na szczęście niewiele światła i przekradłem się do drzwi, po drodze ze stołu zabierając mały złoty kaganek.
Korytarz był jasno rozświetlony lampami elektrycznymi. Lord najwidoczniej cenił sobie prywatność i czuł się bezpiecznie, gdyż nie spotkałem żadnego strażnika. W Hollu akurat trwała jakaś uczta, toteż nie mieszałem się. Jak skończą szybko, to odwiedzę i ten pokój, a jak nie, to nie będę marnował czasu. Zamiast tego poszedłem do północno-zachodniego pokoju. W środku nie było nikogo. Komnata służyła za palarnię, gdyż mocno czuć było drogim tytoniem, którego dość duże ilości leżały w zdobionej szafce z szufladkami. Nabrałem co lepszych gatunków do znalezionych tu fiolek i zakorkowałem. Takie cacka w niektórych kręgach mogą nieźle kosztować.
Sąsiedni pokój to sala muzyczna. Obok czerwonych kanap stały harfy, flety, jakieś instrumenty skrzypkowe i takie tam. Niestety, wszystko było za duże by weszło do kieszeni, więc z bólem zostawiłem te skarby. Nie chciało mi się iść na przeciwległy koniec domu, więc od razu poszedłem na górę kręconymi schodami.
Piętro wystrojem się niczym nie różniło, jednak całkowicie kształtem. Obie klatki schodowe łączyły się w jeden szeroki korytarz, po którego stronach znajdowały się ze cztery pary drzwi oraz jedne, największe na końcu.
Pierwsze z brzegu pomieszczenie to była biblioteka. Pośród ciasno upakowanych regałów dotarłem do środka, czyli podłużnego stołu, na którym leżało kilka książek. Przejrzałem je bez zainteresowania, aż dotarłem do gigantycznej księgi wielkości blatu małego stolika, z ciężkim łańcuchem i kulą przymocowanymi do okładki. Skoro tak to zabezpieczyli, to to coś cennego! Z trudem palce odczytałem litery z obwoluty:
KOMPEDIUM ZYODZIEJYSTWA PIÓRA GALAHADA SAKWY
Coś niesamowitego! Toż to dzieło największego złodzieja wszechczasów! Zapis wszystkiego co umiał! Książka, z której korzystają Strażnicy w czasie swojego Treningu! Ponoć są tylko 3 egzemplarze tego...
Odebrało mi dech stałem, jakbym ujrzał Budowniczego. Z szoku wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Schowałem się za półką. Do pokoju wszedł ze trzydziestoletni facet, ubrany w bogatą i złoconą szatę z płaszczem. Na szyi miał zawieszony wielki łańcuch z ametystami i topazami. To zapewne Lord Qurt. Wycofałem się do drzwi i poszedłem do największego wejścia. Było zamknięte, ale nie dla moich wytrychów.
Pokój zbudowano na planie koła. Na środku stało wielkie, dębowe biurko z złoconą lampką elektryczną. Na ścianach wisiały różne sławne obrazy... a raczej kopie słynnych obrazów. Pod nimi stały pufowe kanapy z wysokimi oparciami. Po obu stronach znajdowały się przeszklone drzwi.
W biurku było pełno papierów oraz kilka stosików monet, które oczywiście zabrałem. Pod blatem znajdowała się mała skrytka ze złotym sztyletem z szafirowym oczkiem oraz całkiem ładna bransoleta... ciekawe czyja.
Gdy przechodziłem koło drzwi, to usłyszałem dobiegające z korytarza głosy. Szybko podszedłem do lewych drzwi. Za nimi był mały, całkowicie ciemny pokój. Gdy zamknąłem za sobą, to zauważyłem fajny efekt. Szkło w drzwiach pozwalało wyraźnie widzieć wnętrze okrągłej sali, natomiast komórka pozostawała zasłonięta.
Nie minęły trzy minuty, a dwuskrzydłowe wrota się otworzyły i weszła przez nie... moja klientka, ubrana tym razem w całkowicie czarną szatę z powiewającym przy ruchu płaszczem. Miało dużo mocniejszy makijaż, z wyraźnymi czarnymi obwódkami dookoła oczu i ciemnowiśniowymi ustami. Za nią wszedł lord i zamknął drzwi. Gestem wskazał jej fotel przed biurkiem i sam siadł po drugiej stronie. Wyciągnął nie wiadomo skąd butelkę wina i dwa kryształowe kieliszki. Coś cicho do niej powiedział, a ona pokręciła głową. Wtedy odezwała się głośniej:
-Euzeb, przejdźmy może lepiej do rzeczy. Po co mnie tu przyprowadziłeś?
-Wiesz Yoanno, gdy odmówiłem ci tego naszyjnika, to miałem potwornego kaca moralnego. Musiałem całą sytuację przemyśleć jeszcze raz. Zabrało mi to jeden dzień.... bardzo bolesny dzień. Ostatecznie jednak umocniłem się w swojej decyzji...
-I tylko po tu byłem ci potrzebna? Byś mi to powiedział?!
-Ależ nie! Nie chcę być jednak nie w porządku wobec ciebie...
-Już jesteś! Po tym, co mój ojciec dla ciebie i twojego ojca zrobił!
-Czekaj czekaj... – lord klasnął głośno. Do pokoju wszedł młody człowiek w czerwonym kontuszu. Pocałował dłoń damy i skłonił się lordowi.
-To jest mistrz Wincent, specjalista w dziedzinie łamania uroków, klątwa i przekleństw. On ciebie uzdrowi i dzięki temu i wilk będzie syty i owca cała.
-Bardzo barwne porównanie... zapewne wynajęcie go było tańsze o wartości naszyjnika jak mniemam...
-Niepotrzebna ironia. Mistrz wykona szybki i prosty zabieg oczyszczający, który pozbawi ciebie tego świństwa, które sama przyznaj nie jest jakieś szczególnie niebezpieczne przy zachowaniu ostrożności...
-Zamilknij proszę!
-....prawa komnata jest do waszej dyspozycji. Światło włącza się z prawej strony.
-Wybacz lordzie – odezwał się mag chrypliwym głosem, ale zabieg musi się odbyć w całkowitych ciemnościach. Pani, madam musi jedynie spojrzeć na jedną rzecz, a ja równocześnie powiem zaklęcie. To nie będzie przykre.
Gdy drzwi się za nimi zamknęły, to lord porzucił wszelkie maniery i jednym haustem wypił cały pokaźny kieliszek. Chwilę pomyślał i nalał sobie drugi, równie szybko opróżniając. Nagle za szkła dobiegł kobiecy krzyk, tak głośny, że niemal mnie ogłuszyło. Lord poderwał się na równe nogi i sięgnął po sztylet... który obecnie spoczywał za moim pasem. Qurt zaklął głośno i soczyście. Rozległ się drugi krzyk, ale tym razem męski, a drzwi otworzyły się gwałtownie i uderzyły o ścianę. Szyba roztrzaskała się na drobne kawałki. Z ciemnej komnaty wybiegł mag i uciekł głównymi wrotami. Po chwili do pokoju weszła czarna dama. Za jej plecami, w małej komnacie było otwarte okno centralnie wycelowane na okrągłą tarczę księżyca. O szlag...
Yoanna powoli podeszła do biurka i oparła się o nie rękoma. Jej twarz była absolutnie bez wyrazu, lecz oczy... zniknęły z nich źrenice i tęczówki i stały się idealnie białe. Kobieta spojrzał na skamieniałego lorda i odezwała się dziwnym głosem... nie dziwnym! Swoim własnym, lecz z niezwykle uwypukloną tą tajemniczą nutą:
-Zostaniesz osądzony za wszystko, czego nie zrobiłeś. Zostaniesz ukarany, zostaniesz napiętnowany. Zostaniesz...
Szlachcianka zakrztusiła się i padła na podłogę. Lord błyskawicznie do niej podskoczył, podniósł na rękach i usadowił w fotelu, po czym wlał jej w usta trochę spirytusu z piersiówki wyciągniętej z kieszeni. Jednak ja się już dość napatrzyłem. Cofnąłem się w głąb pokoju i znalazłem identyczne okno, jak po drugiej stronie. Wyszedłem nim na dach pokoi z parteru . nagle przypomniałem sobie po co tu przyszedłem! W dachu był świetlik prowadzący do jednej z komnat. Otworzyłem go i w ramę wbiłem strzałę linową. Po niej zsunąłem się na dół i wyszarpnąłem strzałę. Znalazłem się w bibliotece. Sprawdziłem, czy korytarz jest pusty i przeszedłem do galerii. Wyłączyłem światło elektryczne i pogasiłem kandelabry strzałami wodnymi. Szybko się rozejrzałem. Wśród obrazów, biżuterii i gobelinów dostrzegłem to, czego szukałem. Niewielki wisiorek w kształcie oka, wykonany całkowicie ze złota, czarnej masy perłowej i z szafirem. To to! Podszedłem do gabloty i najpierw ją uważnie obejrzałem. Hmmm niczego podejrzanego. Wyjąłem z kieszeni mały, blaszany lejek i przyłożyłem do szkła. Chwilę przez niego nasłuchiwałem, lecz chyba nie ma w środku żadnego mechanizmu. Wziąłem nóż do przecinania szkła i zrobiłem odpowiedni otwór. Końcówką miecza zahaczyłem naszyjnik i wyciągnąłem go na zewnątrz.
Nadal nic!
Schowałem go do kieszeni i wyszedłem na korytarz.
Wtedy zaczął wyć alarm.
Poderwałem się do biegu i wpadłem do biblioteki, po czym wyskoczyłem przez okno. Upadając zrobiłem amortyzującego koziołka i zacząłem się wspinać po żywopłocie. Zeskoczyłem z drugiej strony i wbiegłem do najbliższego ciemnego zaułka.
*
-Witam panią ponownie.
-Ten obłudnik pomimo wszystkiego nadal się nie zgadza! Panie Garrett, jest pan moją ostatnią nadzieją! Kiedy pan zamierza się wybrać do Qurta?
-Już byłem.
-Naprawdę? I... ma pan?
-Proszę... oto on.
-Oh... to niezwykłe. Jest pan cudotwórcą!
-No może nie przesadzajmy... jestem po prostu fachowcem.
-Obojętnie, czy to zadziała, czy nie, dotrzymam swojej obietnicy wobec pana. Wielka Biblioteka stoi otworem! Nie zdaje sobie pan sprawy, jak bardzo to mi ułatwi życie...
-Zdaję. Byłem tam wczoraj.
-Był.... pan? Nie widziałam pana. Obudziłam się w domu.
-Jestem Złodziejem, Którego Nikt Nigdy Nie Widział.
-A.... rzeczywiście...
-Nie wiem, czy to do końca taktowne... ale chciałbym pożyczyć jedną książkę już teraz... o ile ją macie.
-Jaki tytuł?
-KOMPEDIUM ZYODZIEJYSTWA PIÓRA GALAHADA SAKWY.
-Mamy takie coś. Jest do pana dyspozycji na...
-Dwa miesiące.
-Jutro panu przyniosę., choć ciężko to będzie wynieść... to biały kruk. Ale uda się. Muszę pana pożegnać. Jeszcze raz dziękuję za naszyjnik. Do zobaczenia.
Wyszła. Wyciągnąłem z kieszeni monetę i wysoko podrzuciłem. Hehe, kolejne zaliczone zadanie. Rzuciłem się na kanapę i wyciągnąłem spod niej „Siedmiu małych złodziei”. Muszę jutro kupić papier i pióro, czeka mnie dużo przepisywania.

  Kapsztad, perła miast Afryki
Czarny Ląd był marzeniem mojego dzieciństwa: daleki i tajemniczy. Wierszyk o murzynku Bambo rozśmieszał mnie, a przygody Tomka Wilmowskiego z powieści Alfreda Szklarskiego pozwalały mi samemu podróżować w myślach.

Refleksje na temat Afryki Ryszarda Kapuścińskiego uczyniły mnie wrażliwszym i nauczyły pokory przed – dla mnie jeszcze wtedy – nieznanym światem. Byłem zatem przygotowany, przynajmniej duchowo, by stawić czoło Afryce. Wiem… Zabrzmiało to z pewnością zbyt górnolotnie i arogancko zarazem, ale tak się czułem, siedząc w samolocie i spoglądając z wysokości 10 tys. metrów na kontynent moich marzeń. A leciałem najdalej jak tylko było można: do Kapsztadu.


Kolejka na Górę Stołową

Noc w wielkim mieście
Wylądowałem, jak wielu mi podobnych, najpierw na lotnisku, a potem w jednym z guesthousów przy Long Street – głównej arterii miasta. Był późny wieczór, a ja po ponad 12-godzinnym locie zasłużyłem na odpoczynek. Okazało się jednak, że mieszkając przy "Longu", wcale niełatwo o sen.

Po wielokroć przekładałem głowę na poduszce. To jednym, to drugim uchem wychwytywałem nocne dźwięki wielkiego miasta. Przez typowy uliczny zgiełk, złożony z kanonady klaksonów, pijackich okrzyków i stukotu obcasów o chodnikową posadzkę, docierały do mnie takty dobrze znanych kawałków: "Light my fire" Doorsów, "No woman no cry" Boba Marleya i "Nothing else matters" Metalliki. Pomyślałem, że zamiast liczyć barany, przysłucham się im z bliska. Wyszedłem w noc.

Pamiętałem przestrogi by w dużych afrykańskich miastach nie spacerować po zmroku – zbyt niebezpiecznie. Zacząłem rozglądać się za taksówką, ale po chwili dałem spokój. Pierwszy klub był tuż za rogiem, kawałek dalej jeszcze jeden i kolejny. Akurat grali "Stairway to heaven" Zeppelinów, zatem bez namysłu zacząłem wspinać się po wiktoriańskich, XIX-wiecznych schodach na piętro, gdzie tańczono, pito alkohol i rozmawiano o rzeczach niebłahych, co wyczytałem z twarzy rozmówców.

I tam poznałem Susan. Prawie świtało, gdy wróciliśmy do hotelu. Myślicie, że łatwiej było o sen. Wcale nie.

Perła wśród miast Afryki
Wstałem wczesnym popołudniem. Po pierwsze byłem na wakacjach, a po drugie, wiadomo, że nie ma lepszej pory na zdjęcia niż ta, kiedy słońce cierpliwie chyli się ku zachodowi. Więc po co się zrywać. Spacer wzdłuż Long Street był prawdziwą rozkoszą. Głowa już przestała boleć, zatem zadzierałem ją jak tylko mogłem najwyżej, by dojrzeć zakamarki ażurowych balustrad, balkoników wykutych w żelazie i koronkowych wykończeń, z których, z pewnością, dumna byłaby Królowa Wiktoria. Właściwie kroczyłem trochę po omacku. To najwłaściwsza metoda na zwiedzanie historycznego centrum Kapsztadu. Dotarłem wszędzie tam, gdzie chciałem.

Na początku wydawało mi się, że wszystko co ważne musi znajdować się przy "Longu", ale to z dala od głównej ulicy odkryłem "zielony skwer", który wcale nie był zielony. To znaczy zielony był też, ale i czerwony, i żółty, i niebieski. Ten dawny targ rolny, ostatnimi czasy, wpadł we władanie artystów, malarzy i sprzedawców pamiątek. Było zatem wielobarwnie i krzykliwie. Aktem niezwykle silnej woli było przejście owego placu i nieskuszenie się na żaden drobiazg.


Wiktoriańska zabudowa Long Street w Kapsztadzie
fot. Zbyszek Borys

Z dni dawnej powagi tego miejsca pozostał stary ratusz, którego biel aż razi w oczy. Dziś mieści się tam jedna z ważniejszych galerii w południowej Afryce, a chlubą kolekcji, oprócz innych dzieł flamandzkiego malarstwa (podarowanych miastu przez mecenasa sztuki – Maxa Michaelisa), jest "Portret Damy" autorstwa Fransa Halsa. Dwie przecznice dalej, zdobnymi witrynami, kusi pasaż św. Jerzego, pełen ulicznych grajków i nie rzucających się w oczy kieszonkowców. A stamtąd łatwo już można dostrzec bryłę katedry św. Jerzego, z początku XX w.

Nieopodal mieści się Biblioteka Narodowa, a za nią zaczyna się kraina zieleni – malutkie płuca metropolii. Są tam oczka wodne, zaciszne aleje, romantyczne zakątki, ale też relikty kolonialnej przeszłości z pomnikiem Cecila Rhodesa na czele. To dawny ogród warzywny, założony przez Jana van Riebeecka w 1652 roku, aby zaopatrywał w świeże warzywa statki opływające Afrykę. Do dziś nazywany jest "Ogrodem Kompanii" i każdy wie, że chodzi tu o Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską – tę samą, dzięki której Holendrzy na stałe wpisali się w historię tego południowego cypla Afryki.

Dziś w tej nieskalanej ulicznym zgiełkiem oazie rosną egzotyczne drzewa i krzewy, jest pasieka, szklarnia i restauracja pod gołym niebem. To tutaj, w cieniu dębów, akacji i drzew cytrusowych, nowożeńcy pozują do pamiątkowych zdjęć, zakochane pary splatają dłonie, romantyczne dusze czytają Goethego, a ci bardziej wyrobieni politycznie sięgają do tomików wierszy Oswalda Mtshalego – czarnoskórego prekursora "poezji protestu".

Zza ściany zieleni połyskują bielą klasycystycznych fasad jedne z najważniejszych publicznych budynków Kapsztadu: parlament z kolumnowym portykiem, siedziba prezydenta RPA, na którą można zerknąć zza żelaznej bramy, galeria narodowa, gdzie zgromadzono ponad 6 tys. płócien holenderskich, francuskich, angielskich, ale też południowo-afrykańskich artystów oraz najstarsza w mieście synagoga, z którą sąsiaduje muzeum żydowskie.

Do dziś w mieście żyje liczna społeczność Żydów. Oprócz nich mieszkają tu potomkowie dawnych holenderskich osadników, francuskich hugenotów, angielskich kolonizatorów i oczywiście rdzennych mieszkańców tych ziem – czyli Hotentotów i ludów Bantu.

Dziś ta część miasta zwana jest dzielnicą malajską. To niezwykle urokliwe miejsce, gdzie brukowane uliczki tworzą szachownicę pomiędzy pastelowymi fasadami niewysokich domów. Mężczyźni chodzą w ozdobnych fezach na głowach, głos muezina wzywa na modlitwę, a kuchenne zapachy przenoszą nas myślami na odległe wyspy korzenne. Jednak najlepsze miejsce, żeby coś przekąsić – to Waterfront. Przynajmniej tak zapewniała Susan.

Z widokiem na ocean
Miałem cały dzień by nacieszyć oczy nadmorską dzielnicą Kapsztadu. Do Waterfront można dojść na kilka różnych sposobów. Nienajkrótsza, ale najbardziej atrakcyjna jest 3-kilometrowa promenada przez Sea Point. Te tereny niegdyś podarowano Janowi van Riebeekowi na farmę, jednak ziemia nie nadawała się pod uprawę.


Waterfront

Dzisiaj ciągną się tutaj błonia ze ścieżkami dla rowerów, boiskami do krykieta i hokeja na trawie, jest kręgielnia, korty tenisowe i pole golfowe z 18 dołkami. Na szczęście oprócz miejsc dla sportu i rekreacji, istnieją też ścieżki dla zwykłych spacerowiczów, a przechadzka wzdłuż skalistego brzegu z niewielkimi piaszczystymi zatoczkami należy do prawdziwych przyjemności.

Na krańcu bulwaru znajduje się latarnia morska pomalowana w biało-czerwone pasy. To najstarszy zabytek w tej części miasta. Zbudowano ją w 1824 r., a jej zadaniem było informowanie o opadnięciu mgły znad morza. Donośny dźwięk syreny często budził mieszkańców nabrzeża. Zapatrzyłem się w widnokrąg i dostrzegłem jeszcze jedną latarnię – na Robben Island.

To chyba najsławniejsza wyspa w RPA. Nazwę nadali jej Holendrzy z uwagi na liczną populację fok, ale to nie one rozsławiły wyspę. Tam więziony był m.in. Nelson Mandela. Wraz z siedmioma innymi działaczami dostał w roku 1963 dożywotni wyrok. Po zwolnieniu ostatnich więźniów politycznych, część wyspy uznano za rezerwat i ostoję ptactwa lęgowego – choćby zagrożonej wymarciem rybitwy wielkodziobej, a część – tę najbardziej złowrogą – zamieniono na muzeum.

Trudno spoglądać na Robben Island, nie odczuwając wyrzutów sumienia za to, jak nasi europejscy pobratymcy starali się utrzymać władzę na krańcu Afryki. Apartheid na stałe wpisał się w codzienne życie mieszkańców RPA. Na mocy ustaw o podziale rasowym, kolor skóry decydował o tym, do jakiej szkoły uczęszczać, gdzie pracować, gdzie mieszkać, a nawet za kogo wychodzić za mąż.

Ostatni etap nabrzeżnej wędrówki pokonałem zatem, zagubiony w myślach nad tym jak dziwny był to kraj i jak bardzo zmienił się od początku lat 90., kiedy to zniesiono segregację rasową, wypuszczono z więzienia Nelsona Mandelę i doprowadzono do wolnych wyborów. Pamiętam z relacji telewizyjnych te chwile radości, kiedy wybrano Mandelę na prezydenta, i kiedy reprezentacja RPA zdobyła puchar świata w rugby w 1995 roku.

Gdy dotarłem do umówionej restauracji byłem w nastroju dosyć refleksyjnym. Susan zauważyła to w mig i bez pytania zamówiła butelkę przedniego wina rodem z okolic Stellenbosch. Nasz wzrok błąkał się po dawnych portowych zabudowaniach, dziś zamienionych na sklepy, restauracje i muzea. Waterfront to bez wątpienia jedna z najpiękniej zaprojektowanych dzielnic Kapsztadu. Jest tu nowocześnie, ale i tradycyjnie. Obok budynków ze szkła i stali stoją zgodnie XIX-wieczne magazyny zamienione na galerie i sklepy z pamiątkami. Obok lądowiska dla helikopterów i ultranowoczesnego akwarium, można zauważyć relikty dawnej portowej osady – porzuconą kotwicę, dźwigi, łańcuchy i nadszarpnięte zębem czasu rybackie kutry.

Jest też gdzie się zabawić, a muzyka na żywo króluje w co drugim barze. Czasami można jej posłuchać nawet na wolnym powietrzu. W otwartym w 1995 r. amfiteatrze organizowane są przemyślane festiwale i spontaniczne koncerty. Występuje tam czasami kapsztadzka orkiestra symfoniczna, ale też nikomu nieznani afrykańscy bębniarze. Moja przyjaciółka miała jednak inny pomysł na koniec dnia. Poszliśmy do knajpy, gdzie grała bawarska kapela, piło się piwo z litrowych kufli i oblizywało palce po soczystej golonce. I tego było nam trzeba.


Kolonia pingwinów przylądkowych koło Simons Town.
fot. Zbyszek Borys

Piknik na wielkim stole
Postanowiłem się zrewanżować i wymyślić jakiś niebanalny sposób na spędzenie popołudnia. Susan zdawała jakieś egzaminy, a ja kombinowałem jakby tu zaproponować coś oryginalnego, ale ze słowiańską duszą w tle. Od właścicielki hoteliku, w którym nadal mieszkałem, pożyczyłem wiklinowy kosz – podobno ręczna robota jej dziadka. Kupiłem świeże owoce, suszone mięso, dwie butelki "Jacobsdala" oraz wrzuciłem puszkę mielonki turystycznej z własnych zapasów – taki regionalny akcent.

Wewnątrz kolejki linowej, bezszmerowo sunącej na Górę Stołową, wyglądaliśmy trochę jak para z innej epoki. Zamiast aparatów fotograficznych na szyjach, mieliśmy sprzęt początkującego letnika. Osiągnąwszy jednak szczyt właściwie odechciało mi się jeść i pić. Widok był tak piękny, że zwyczajnie zapomniałem o bożym świecie.

Kapsztad z góry wyglądał imponująco, przytulony do Zatoki Stołowej, ze szmaragdowym oceanem i bujną zielenią po bokach. Łatwo było też dostrzec mniejsze wzniesienia: tuż obok – nieco niższy Czarci Szczyt, dalej na lewo – charakterystyczna Głowa Lwa, a poniżej – Wzgórze Sygnałów, skąd każdego dnia w południe oddawany jest armatni strzał.

Wybranie odpowiedniego miejsca na piknik zabrało nam godzinę. Nie wszędzie można było schodzić z oznakowanych ścieżek, a ja nie chciałem otwierać polskiej konserwy wśród tłumu turystów. Po drodze podziwialiśmy coraz to nowe panoramy. Czasami spoglądaliśmy też pod nogi i wspólnie zachwycaliśmy się przebogatą florą Góry Stołowej. Tu żółty wrzosiec pochylił w ukłonie swoje niewielkie kielichy, tam kilka gatunków srebrnika stworzyło naturalny kolorowy dywan, a jeszcze dalej na eksplozję pąków czekały dorodne pelargonie, w szczelinach skał kwitły "żywe kamienie". W Kraju Przylądkowym rośnie blisko 8,5 tys. gatunków roślin, z których większość to endemity.

Znaleźliśmy swój własny kobierzec, z kamiennym stołem omszonym porostami pośrodku. Słońce chyliło się ku zachodowi. W dali widać było nie tak już daleki kraniec Afryki – skalny cypel o przepięknej nazwie. Przylądek Dobrej Nadziei.

Podróż na koniec świata
Droga na południe wije się serpentynami wzdłuż wybrzeża. Mija się miasteczka z budynkami, które wyglądają jak powiększone domki dla lalek. Najpiękniejsze jest Simon’s Town. Przy głównej ulicy pysznią się XVIII-wieczne fasady z białymi szczytami i balustradami z kutego żelaza. Wydawać by się mogło, że to spokojne miasteczko, przypominające koronki na obrusach babci, żyje na uboczu spraw doczesnych. To jednak fałszywe stwierdzenie, tak jak Fałszywa jest Zatoka, nad którą jest ono położone. Przybrzeżne wody taką właśnie mają nazwę, a na ich brzegach zbudowano wielką bazę marynarki wojennej RPA.

Za Simon’s Town pojawiają się granitowe skały, w kilku miejscach tworząc istne głazowiska. Wśród jednego z nich przycupnęła kolonia pingwinów przylądkowych. Większość z nich – a jest ich tam blisko 2,3 tys. – wygląda jak ogromna kolekcja pluszaków. Ze specjalnych drewnianych trapów można podglądać ich codzienne czynności. A dalej droga wiedzie prosto (choć to pojęcie dość względne) na Przylądek Dobrej Nadziei.


Berlin Falls w rejonie kanionu rzeki Blyde.
fot. Zbyszek Borys

I choć wiadomo, że to wcale nie najbardziej na południe wysunięta część Afryki (jest nim niepozorny Przylądek Igielny), to i tak rzesze turystów z całego świata właśnie tam robią sobie pamiątkowe zdjęcia i nazywają się zdobywcami Czarnego Lądu.

Każdy koniec drogi ma w sobie coś ujmującego, pojawia się moment zawahania, większa skłonność do refleksji i do spojrzenia na siebie samego z innej perspektywy. To świetny czas na dokonanie pewnych życiowych przewartościowań i próbę zrozumienia otaczającego nas świata. Każdy koniec drogi może wyzwolić w nas owe pragnienia. A co, jeśli właśnie jesteśmy na końcu kontynentu…?

Źródło: Poznaj Świat

  Zamość jak włoska Padwa


Zamość jak włoska Padwa

Turyści odwiedzający to piękne polskie miasto nie mają wątpliwości - pod względem uroku Zamość nie ustępuje w niczym słynnej Padwie we Włoszech. I podobnie jak perła włoskiej architektury, jest miastem arkad. Zapraszamy na wycieczkę do Zamościa.



Słynny zamojski rynek okalają bogato zdobione renesansowe kamieniczki - duma i wizytówka miasta. Niezbyt wysokie, niektóre z charakterystycznymi płomienistymi zwieńczeniami dachów, wszystkie z kamiennymi arkadami.

Najpiękniejsze kamienice nazywane ormiańskimi znajdują się na prawo od ratusza. Koronkowe attyki, fryzy, zdobne okna, mnogość motywów roślinnych i zwierzęcych, liczne rzeźby i niezwykłe kolory - oto dlaczego kamienice na zamojskim rynku należą do najpiękniejszych w kraju.

Ormianie w 1585 roku jako pierwsi po Polakach otrzymali od Jana Zamoyskiego przywilej osiedlania się w jego idealnym mieście. Przetarli oni szlak Żydom oraz Grekom. Dzięki nim Zamość szybko stał się miastem wielokulturowym. Kanclerz wyznaczył Ormianom zadanie ożywienia handlu w mieście, z czego przybysze wywiązali się z nawiązką, przysparzając sobie i miastu ogromnych zysków.

Pierwsza kamienica, licząc od ratusza, to niegdysiejsza własność jednego z rajców, w kolejnym mieszkał rektor Akademii Zamojskiej. Dalej stoi kamieniczka, od zdobiącej fasadę płaskorzeźby Archanioła Gabriela, nazwana Pod Aniołem. Czwarta, Pod Małżeństwem, zwraca uwagę szafirową elewacją, ostatnia, Pod Madonną, zawdzięcza swoją nazwę rzeźbie, przedstawiającej Marię z Dzieciątkiem, depczącą smoka.

Kultura na Kresach

Wszystkie zabytki opatrzono tabliczkami w dwóch językach, polskim i angielskim, zatem szybko będziemy mogli poznać ich historię. Mniej lub bardziej tajemniczą, zawsze fascynującą.

Na każdym kroku potykamy się tym mieście o pamiątki z dawnych lat. Wgłębiając się w uliczki okalające rynek, na fasadzie imponującej secesyjnej kamienicy przy Żeromskiego 3 odkryjemy tablicę informującą, że w domu tym "żył i tworzył" (1922-1935) Bolesław Leśmian.

W Zamościu powstały jego tomy - "Napój cienisty" (1936) i "Dziejba leśna" 1938). Poeta był malowniczą postacią, nie wiódł bynajmniej nudnego żywota małomiasteczkowego urzędnika (był notariuszem). Jako wytrawny smakosz i kucharz w jednej osobie, urządzał uczty, na których gościł kolegów po piórze. W Zamościu bywał między innymi Józef Czechowicz, który poświęcił miastu jeden z liryków w cyklu "Prowincja noc".

Po przeciwnej stronie rynku swój początek bierze ulica Grodzka. Pod numerem siódmym tablica pamiątkowa wyróżnia dom, gdzie urodził się i mieszkał Marek Grechuta. Kojarzony z Krakowem artysta stał się też patronem zainaugurowanego w ubiegłym roku Zamojskiego Festiwalu Kultury.

Tegoroczna druga edycja już we wrześniu (6-7.09), a w programie koncerty Grzegorza Turnaua, Doroty Miśkiewicz, Andrzeja Sikorowskiego z córką, Sławka Wierzcholskiego z Nocną Zmianą Bluesa. Zamojski Festiwal Kultury im. Marka Grechuty to nie jedyna warta uwagi impreza, jaka odbywa się w tym mieście.

W czerwcu tego roku po raz pierwszy odbył się Festiwal Kultury Włoskiej, ukazujący historyczne związki Polski i Italii. Zamość wzniesiony w szczerym polu przez Bernardo Morando za pieniądze Jana Zamoyskiego jak żadne inne miejsce nadawał się do tego doskonale. Na zamojskim Rynku Wielkim wystąpili Drupi, Kasia Klich, artyści operowi - goście Wiesława Ochmana. Odbyły się wystawy malarskie i fotograficzne oraz pokaz mody z Italii.

Imprezy poświęcone Markowi Grechucie i Włochom to najnowsze pozycje w zamojskim kalendarzu kulturalnym, a są przecież jeszcze Międzynarodowe Spotkania Wokalistów Jazzowych, które właśnie się odbywają (28 - 30 sierpnia Zamość 2008 roku) po raz 35. oraz Festiwal Jazz na Kresach zorganizowany po raz 26.

Na zamojskim rynku zawsze kręci się sporo turystów bez względu na to, czy odbywa tutaj jakiś koncert, czy nie. W ogródkach kawiarnianych przesiaduje młodzież. Wieczorem na efektownie oświetlonym placu ławki okupują zakochani.

Zemsta Zamoyskiego

Muzeum, bibliotekę, galerię i najlepsze w mieście restauracje znajdziemy oczywiście w rynku, schowane w podcieniach. Przyjemny cień, jaki rzucają arkady, najlepiej docenić latem, gdy roztoczańskie słońce rozpala mury miasta do białości. Wtedy jest tu najtłoczniej, a zachwyceni turyści z upodobaniem porównują Zamość do włoskiej Padwy.

Rynek Wielki, wciąż najważniejszy, największy (100 x 100 metrów) i najładniejszy plac w mieście, od początku pełnił funkcje reprezentacyjne. Jarmarki odbywały się na dwóch pozostałych placach Zamościa - Solnym i Wodnym.

Honorowe miejsce zajmuje tu nie przystający skalą do dwupiętrowych kamieniczek, 52-metrowy ratusz z imponującymi, rokokowymi schodami. Z jego wieży codziennie w południe rozbrzmiewa hejnał. Trębacz ubrany w żupan i szlachecki otok ozdobiony pawim piórem od ponad 400 lat gra melodię w trzy strony świata. Zawsze pomija zachód, gdzie leży Kraków.

Mieszkańcy królewskiego grodu twierdzą, że zatarg powstał z winy hetmana, który miał wybujałe aspiracje. Budując Zamość, chciał konkurować z stolicą Rzeczpospolitej. Według innej wersji poszło o rywalizację między akademikami. Profesorowie z Krakowa złośliwie nazywali Akademię Zamojską, oczko w głowie hetmana, "szkołą", odmawiając jej miana wyższej uczelni.

Z osobliwym wykonywaniem zamojskiego hejnału wiąże się też egzekucja Samuela Zborowskiego. Krewkiego rotmistrza królewskiego, na którym ciążyło morderstwo i złamany wyrok banicji, po kolejnych awanturach skazał na śmierć kanclerz Jan Zamoyski. Polska szlachta, wyjątkowo czuła na punkcie przestrzegania praw, nigdy tego nie wybaczyła magnatowi. Głośno i niecenzuralnie, dawała temu wyraz na sejmikach. Zaś kanclerz, wydając kontrowersyjny wyrok, zupełnie pogrzebał swoje marzenia. Zamoyski chciał bowiem wstąpić na tron.

Informacje praktyczne

JAK DOTRZEĆ

Do Zamościa można dojechać koleją z Warszawy, Katowic i Krakowa lub drogą krajową E17. W mieście jest sześć kilkugwiazdkowych hoteli. Bezpośrednio na Rynku Wielkim znajduje się hotelik Arkadia (22-400 Zamość, Rynek Wielki 9, tel. 084 638 65 07). Schronisko PTSM, otwarte w lipcu i sierpniu, znajduje się przy ul. Zamoyskiego 4 (Szkoła Podstawowa nr 4, tel. 084 627 91 25).

INFORMACJA TURYSTYCZNA

Zamojski Ośrodek Informacji Turystycznej
Rynek Wielki 13, Ratusz
tel. 0 84 639 22 92, faks 0 84 627 08 13
e-mail: mailto:zoit@.zamosc.um.gov.pl, zoit@osir.zamosc.pl
pamiątki, ubezpieczenia turystyczne, legitymacje PTSM i ISIC, bilety
lotnicze i promowe

Punkty informacji turystycznej:

Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze Oddział w Zamościu
ul. Staszica 31, 22-400 Zamość, tel. 084 639 31 43, tel. faks 084 638 56 87